reklama

Jest w malinach jakaś zmysłowość, owocowy erotyzm przywodzący na myśl miłosne schadzki w zagajnikach i rumieńce dobrze wycałowanej panienki.

Czerwone, soczyste i słodkie, ze skórką pokrytą delikatnym meszkiem, maliny zawsze kojarzono z miłością. Ale nie z tą grzeczną i przykładną, pobłogosławioną w kościele i chowającą się pod pierzyną w małżeńskiej sypialni. Maliny symbolizowały pożądanie, namiętność, szaleństwo pełne uniesień i niebezpieczeństw.

Były symbolem miłości zaborczej, nieobliczalnej, potrafiącej popchnąć nawet do zbrodni. Książki (szczególnie te z końca XVIII i początku XIX wieku) pełne są opisów kochanków migdalących się (sic!) w maliniaku i pięknych młodych dziewcząt (obowiązkowo o ustach słodszych od… wiadomo czego), które zbierając te słodkie owoce, spotykały przystojnego ułana i zakochiwały się bez pamięci.

reklama

Zdarzało się, że dziewczęta zrywały maliny na wyścigi, jak w „Balladynie” – która pierwsza napełniła dzban, ta najszybciej miała stanąć na ślubnym kobiercu. Oczywiście zbierano je nie tylko po to, by wywróżyć sobie męża.

Ich owoce do dziś są jednym z najpopularniejszych składników dżemów, galaretek, soków i konfitur. Działają napotnie, wykrztuśnie i wzmacniająco. A wyciąg z liści jest doskonałym środkiem przeciwbiegunkowym, ściągającym i przeciwgorączkowym. 


Tekst: Weronika Kowalkowska
Zdjęcia: Naturepl/Be&W, Stockfood/Free, East News, shutterstock.com

reklama

Zobacz również