weranda.pl werandaweekend.pl
reklama
Mamy dobrą i złą wiadomość. Dobra – są jeszcze pieniądze do wzięcia. Zła – trzeba się nagimnastykować, żeby je dostać.
Znajomi kupili w ubiegłym roku kolektor słoneczny. Wydali około 10 tys. zł, ale 45 procent tej kwoty, czyli 4,5 tys. zł zwrócił im Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Teraz z dumą patrzą na połyskujące płyty na dachu i chwalą się, że latem w ogóle nie płacą za podgrzanie wody do mycia, a średnie rachunki za ogrzewanie domu zimą spadły o 30 procent. Pozazdrościłem im i wszedłem na stronę funduszu, żeby zobaczyć, jak to z tymi dotacjami jest. 
Niestety, było za późno. Kasa na dopłaty do paneli słonecznych już się skończyła, ale dowiedziałem się, że jesienią rusza kolejny program o nazwie Prosument. Będą mogli korzystać z niego ci, którzy chcą montować w domach alternatywne źródła energii, czyli panele słoneczne, pompy ciepła, przydomowe elektrownie wodne lub wiatrowe oraz moduły fotowoltaiczne. Jest jednak jedno „ale”: na same panele (takie jak u sąsiadów) czy samą pompę ciepła pieniędzy nie dostaniemy. Owszem, NFOŚiGW dopłaci nam 20 procent, ale pod warunkiem, że zainstalujemy w domu jeszcze jakieś urządzenie wytwarzające prąd, czyli na przykład mikroelektrownię wiatrową. Do tych urządzeń dotacja ma być wyższa i wyniesie 40 procent.
Moc jest z nami
Te ostatnie, czyli moduły fotowoltaiczne, zainteresowały mnie najbardziej. Na pierwszy rzut oka są podobne do paneli słonecznych. O ile jednak klasyczne panele przetwarzają promieniowanie słoneczne wyłącznie na ciepło potrzebne do ogrzania wody lub kaloryferów, to moduły fotowoltaiczne zamieniają je w prąd. Można go wykorzystać nie tylko do ogrzania wody, ale także do oświetlenia domu, zasilania lodówki czy pralki. Są więc bardziej uniwersalne niż słoneczne. Mina mi jednak zrzedła, gdy okazało się, że również trzy, cztery razy droższe niż zamontowane przez sąsiada kolektory. Wyliczyłem, że koszt instalacji, która wyprodukuje 5-6 megawatogodzin (tyle mocy potrzebuje dziennie przeciętne gospodarstwo domowe), wyniesie około 100 tys. zł. Nawet jeśli dostanę 45 tys. zł dotacji, to skąd wezmę pozostałe 55 tys. zł? 
 
Na szczęście na resztę mogę wziąć kredyt oprocentowany tylko na 1 procent rocznie i spłacać go przez 15 lat. Co więcej, miła pani z NFOŚiGW powiedziała, że mając taką instalację, zarobię, sprzedając prąd do sieci. 
Oczami wyobraźni już widziałem siebie jako lokalnego potentata energetycznego, który z małej elektrowni wyciska drugą emeryturę. Ale gdy sięgnąłem po taryfikator opłat, entuzjazm wyparował. Okazało się, że za mój prąd nie dostanę więcej niż 16 groszy za kilowatogodzinę (kWh), czyli znacznie mniej niż elektrownie, które sprzedają energię po 60 gr za kWh. Miesięcznie wzbogacę się o kilka, może kilkanaście złotych.
Prąd za grosze
Cóż, zarobić nie zarobię, ale przynajmniej zapłacę mniejsze rachunki, a poza tym w razie paraliżu energetycznego będę samowystarczalny. Chciałem już pisać wniosek do NFOŚiGW, okazało się jednak, że nie mogę. Właściciele domów i gospodarstw rolnych, którzy chcą skorzystać z oferty Prosumenta, muszą składać wnioski nie w Funduszu, tylko w swoim urzędzie gminy. Dopiero po zebraniu kilku takich dokumentów urzędnik stworzy jeden wniosek grupowy i wyśle go do NFOŚiGW. 
Jest jednak jeden warunek: minimalna kwota takiego wniosku grupowego nie mo-że być niższa niż milion złotych. Oznacza to, że muszę znaleźć w mojej gminie jeszcze kilku lub kilkunastu takich szaleńców jak ja, którzy zadłużą się na prądotwórczą zabawkę. U mnie w Wieliszewie na razie nie ma chętnych, więc zamierzam namawiać sąsiadów. 
Wniosek? Prosument ładnie wygląda na papierze, ale jest bardziej skomplikowany i wymaga od nas większych pieniędzy. Szkoda, bo poprzedni system dopłat był prosty, a na podgrzaniu wody czy kaloryferów mogliśmy sporo zaoszczędzić. 
Mam jednak nadzieję, że moduły fotowoltaiczne, podobnie jak w zachodnich krajach UE, z czasem będą tanieć. A dyrektywa unijna, która zobowiązuje Polskę do zwiększenia udziału zielonej energii (do 2020 roku około 15 procent ma pochodzić ze źródeł odnawialnych), wymusi na ustawodawcach naprawdę korzystne preferencje dla tych, którzy chcą inwestować w domowe elektrownie. 
reklama

Zobacz również