weranda.pl werandaweekend.pl
reklama

Czy to sprawka czarta

Widok trochę niepokojący – wielkie porośnięte grzybami kręgi średnicy do kilkunastu metrów.

Pojawiają się na łąkach, leśnych polanach i trawnikach. Potrafią nagle zniknąć i za kilka lat wyskoczyć w tym samym miejscu. Nasi pradziadowie nie mieli wątpliwości – kręgi to ewidentnie sprawka siły nieczystej. Nazywali je wilijnymi lub wilczymi kołami, igryszczami albo czarcimi kręgami. Wierzyli, że powstają tam, gdzie czarodziejki, rusałki i inne pogańskie duchy urządzają sobie nocne potańcówki. Od takich bezeceństw dobry chrześcijanin powinien trzymać się z daleka, dlatego zalecano omijanie kręgów. Konsekwencje puszczania ludowych mądrości mimo ucha mogły być straszne, szczególnie dla młodzieńców.

reklama

Wystarczy, że taki gołowąs zauważył tańczące piękności, wszedł w krąg i... pozamiatane! Będzie biedaczek pląsał, póki nie umrze z wycieńczenia. Podobne właściwości przypisywano „czarcim kręgom” w całej Europie – wystarczy spojrzeć na nazwy: niemiecki „Hexenring” (koło czarownic) czy angielski „fairy ring” (tam kręgi robiły za miejsca nadprzyrodzonych potańcówek i za przejścia do elfich królestw). W końcu ustalono, że sprawcą zamieszania jest grzyb (ok. 60 gatunków tzw. podstawczaków) żerujący na np. obumarłych częściach traw. Tyle że nie wiadomo, jak to utrapienie zwalczać. Choć więc nie musimy już obawiać się porwania przez rusałki, to jednak właściciele zainfekowanych grzybnią trawników mają wszelkie prawo nazywać kręgi „diabelstwem” i na ich widok spluwać trzy razy przez lewe ramię. 


Tekst: Weronika Kowalkowska
Fotografie: Fotochannels, Bulls, Stockfood/ Free, East News, shutterstock.com 

reklama

Zobacz również