„Najszczęśliwsza jestem, kiedy czmychnie do lasu”. Róża od lat ratuje jeże
Zwierzęta w naturzeRóża nie planowała zostać opiekunką jeżowych sierot. Dziś, gdy ktoś znajduje bezradnego malucha, często wystarczy jeden telefon, by dowiedzieć się, jak mu pomóc. Jej historia to opowieść o cierpliwości, trudnych pożegnaniach i radości z tego, że uratowany jeż znów może żyć dziko.
Jeż musi pozostać dziki
Nigdy nie planowała ratować jeży. Ale gdy los postawił na drodze 44-letniej obecnie Róży Pawlickiej pierwszą kolczastą sierotkę, nie odwróciła wzroku. I tak już zostało. Od kilkunastu lat...
Kiedyś nadawała im imiona: Jeżyna, Opus, Kapustka... Przywiązywała się. Płakała, kiedy je wypuszczała na wolność. Ale z biegiem czasu zrozumiała, że nie o to w tym chodzi.
- Jeż rodzi się dziki i taki ma pozostać – tłumaczy. – Nawet, jeśli po drodze wymaga karmienia co godzinę strzykawką, masowania brzuszka, parzenia ziółek oraz umieszczenia na kilka tygodni w specjalnej zagrodzie albo nawet i paromiesięcznej hibernacji… wszystko sprowadza się do tego, żeby nie uzależnił się od człowieka. Żeby, gdy już będzie gotowy, nie oglądając się na nic, wrócił na wolność.
Ale emocji nie da się uniknąć. Zwłaszcza, że w pamięci – jakby na złość – pozostają wspomnienia jeżyków, których nie udało się jej uratować.
- Bo czasem tak bywa – wzdycha. Tak jak wtedy, kiedy pod jej opiekę trafiły cztery mikrusy dopiero co po porodzie. Stawała na głowie, żeby przeżyły. Karmiła, masowała, zarywała noce i nawet wyglądało, że się uda. Niestety…
Wtedy pozostaje żal i natrętne pytanie: czy zrobiłam wszystko, co było można? A może coś przegapiłam? Zaniedbałam?
- Na szczęście zazwyczaj się udaje – uśmiecha się Róża. – Przez kilkanaście lat odchowałam i wypuściłam między 50. a 60. jeży. Nawet straciłam już rachubę. I wiecie co? Najszczęśliwsza jestem, kiedy taki ancymon, po otwarciu zagrody, bez chwili zawahania, czmychnie do lasu. Wtedy wiem, że ma w sobie siłę i wolę życia. A ja zrobiłam wszystko, co było trzeba.
Jeżyna była pierwsza
Zaczęło się w 2011 roku pod „Och Teatrem”, na warszawskiej Ochocie (w tej dzielnicy mieszka Róża Pawlicka).
Mały jeżyk błąkał się w pobliżu chodnika, jeszcze chwila, a wyszedłby na jezdnię. Wtedy nie miała jeszcze pojęcia, co robić z taką sierotką.
Wzięła ją więc do domu i zaczęła przepatrywać internet w poszukiwaniu kogoś, kto ją poinstruuje.
Znalazła kontakt do Jerzego Gary z Ośrodka Rehabilitacji Jeży „Jerzy dla Jeży” w Kłodzku.
I zgodnie z jego wskazówkami wykarmiła, napoiła i umieściła zwierzaka w zbudowanym z pomocą przyjaciół hibernatorze.
Zobacz koniecznie: Dieta jeża jest bardzo ważna, by mógł bezpiecznie przezimować. Co jedzą jeże i jak możemy im pomóc?
– Bałam się, że samiczka nie przetrwa, bo coś źle zrobiliśmy – wspomina. – Ale bardzo szybko poczułam podziw dla sił natury. Bo skąd ta mała wiedziała, że trzeba zagrzebać się w papierach i od razu zapaść w sen? Dla Róży to była zima pełna napięcia i wyczekiwania. Jeżyna spała w hibernatorze stojącym na działce. Zaglądała tam sama albo prosiła sąsiadów. Czy jeż żyje? Czy się nie wybudził i nie chce jeść?
– Obudziła się dopiero w maju – kontynuuje Róża. – Przenieśliśmy ją wtedy do zagródki, w której nabrała sił. I w końcu przyszedł czas, żeby ją wypuścić…
Nie mogła. Nie potrafiła. Zagródkę musiał otworzyć jej partner. A Jeżyna? Poszła w las nie oglądając się za siebie. Czyli sukces. Choć widziany przez łzy. Róża pochwaliła się nim panu Jerzemu, a on… zaczął kierować do niej dzwoniących do niego ludzi z okolic Warszawy, którzy znaleźli porzucone jeże i nie wiedzieli, co dalej. I tak to się zaczęło…
Jesienne sieroty
A właściwie, dlaczego akurat na jesieni trzeba ratować małe jeżyki? – zadaję naiwne pytanie. Róża wyjaśnia, że chodzi o maluchy urodzone w drugim w ciągu roku miocie – tuż przed jesiennymi chłodami i przymrozkami, zwiastującymi zimę. Rodzice często nie mają wtedy jak wykarmić młodych, bo o tej porze roku jedzenia jest mało. Nie ma smakowitych pędraków, larw, a pożeranie ślimaków to dla jeża ostateczność, która czasem potrafi mu zaszkodzić.
Maluchy bywają więc porzucane. Albo zostają sierotami, kiedy mama desperacko krąży po okolicy w poszukiwaniu czegokolwiek do zjedzenia i wpadają pod koła samochodów lub bywają rozszarpywane przez psy. Wtedy ich dzieci są skazane na powolną śmierć. No, chyba że jakaś dobra dusza je znajdzie, przygarnie i… zadzwoni do Róży.
Zobacz też: Jeż w tarapatach! Jak pomagać jeżom i kiedy?
Pierwsze pytania i pierwsza pomoc
- Na początek wypytuję czy znajda ma już zęby? Czy otwiera oczy? Jest bardziej wielkości limonki czy jabłka? – wylicza. – Bo nie każdy jeż, na którego natrafimy wymaga pomocy! Całkiem często, w wyniku tego mojego wywiadu, okazuje się, że jeż jest dorosły i w dobrym zdrowiu. Wtedy mówię, żeby zostawić go w spokoju.
Zazwyczaj jednak chodzi o bezbronne i bezradne maluchy. Kiedy więc Róża ustali już mniej więcej wiek i stan zdrowia, przechodzi dalej: tłumaczy jaką strzykawką karmić jeża i czym (preparatem mlekozastępczym dla szczeniąt). Opowiada o konieczności masowania brzuszka (niezbędne dla pracy jelit a więc i do przeżycia), następnie instruuje jak skonstruować zagrodę (co najmniej metr dwadzieścia na osiemdziesiąt centymetrów, podłoga, zadaszony pokoik do spania, w miseczkach jedzenie i woda). A skoro o jedzeniu mowa – po wykarmieniu preparatem mlekozastępczym, jeż-przedszkolak powinien dostać kocią karmę (choć może być siekana wołowinka, jeśli ktoś ma cierpliwość) a najlepiej pędraki (do kupienia w sklepach zoologicznych lub internecie).
- Niektórzy nie czują się na siłach ogarnąć tego wszystkiego i proszą, żebym sama się znajdą zajęła – mówi Róża. – Okej, rozumiem. I choć sama nie jestem żadną organizacją, fundacją ani instytucją, jadę i przejmuję nieboraka.
Każdy mały sukces przynosi wielką radość
I wtedy się zaczynają prawdziwe emocje. Jeża trzeba nakarmić. Ale nie każdy chce współpracować! Jeden od razu zacznie ssać strzykawkę, inny doczłapie nawet do miski, a jeszcze inny – ani dudu.
- Skoro nie je, to musi być przyczyna – opowiada dalej Róża. – Oglądam brzuszek. Czy ma wzdęcie? Ma! Więc zaczynam masować. Dobrze, jeżeli to wystarczy, ale pamiętam takiego chuligana, któremu za nic w świecie nie chciały ruszyć jelita.
Zadzwoniła wtedy do pana Jerzego – jej najbardziej zaufanej instancji w kwestii jeżo-ratownictwa. Poradził napar z kopru, jak dla niemowlaka.
- I pomogło! Eureka! – emocjonuje się Róża. – Ten, kto nie doświadczał takich emocji nie zrozumie, ile radości może człowiekowi dostarczyć widok jeżowej kupki!
A przecież to nie koniec. Nakarmiony jeż wciąż nie jest bezpieczny. Trzeba dać mu spokój, pozwolić się przespać – zwłaszcza, że zanim go uratowano pewnie wiele przeszedł. Dosłownie i w przenośni!
- Zostawiam więc takiego osobnika w pudełku, w pokoju obok i biorę się do swojej pracy – opowiada Róża. – Ale ciągle muszę się powstrzymywać, żeby nie zaglądać do „pacjenta”, co minutę.
Dopiero po kilku dniach napięcie nieco opada. Jeż uczy się, do czego służy strzykawka, rozpoznaje opiekunkę i wie jak przyjemne i pożyteczne jest masowanie brzuszka. Stopniowo też potrzebuje coraz mniej uwagi. Można bezpiecznie zostawić go samego na kilka godzin, aż w końcu przenieść do ustawianej na dworze – zazwyczaj na czyjejś leśnej działce – zagrody.
Wszystkie te etapy jeżo-pielęgnacji, Róża skrzętnie dokumentuje, bo ludzie, którzy zwierzaka znaleźli bardzo często proszą o informację, czy się udało i jak się ma podopieczny.
- Niedawno pewna pani z Nieporętu nawet nalegała, żeby odratowanego kolczastego zwierzaka przywieźć do niej i wypuścić do pobliskiego lasu – uśmiecha się. – Chętnie spełniam takie prośby, bo cenię ludzi z empatią i sercem dla zwierząt. A poza tym, w ten sposób rośnie moja sieć kontaktów skupiająca tych, których mogę poprosić o pomoc w sytuacjach, gdy sama już nie wyrabiam!
Sieć dobrych ludzi i powrót do lasu
Takie sytuacje jednak zdarzają się rzadko. Bo choć Róża mieszka w zwykłym mieszkaniu z partnerem i psem Bajką - która wprawdzie nie wszystkich gości toleruje, ale jeże są jej obojętne – dzięki wsparciu „swojej” sieci, nigdy nie ma problemu ze znalezienim kogoś, kto pojedzie po nowo urodzone maluchy lub zgodzi się ustawić kolejną zagrodę na swojej działce.
- Po co to robię? – Róża zdziwiona, powtarza moje pytanie. – Tak jakoś wyszło, po prostu. Ale to nic wielkiego, moja pomoc nie wymaga wielkich pieniędzy ani czasu. Zawodowo pracuję zdalnie, tak samo jak pracowałam wcześniej - w korporacji. Nie musiałam więc zmieniać stylu życia ani niczego poświęcać. Za to wiele zyskałam! Bo dzięki jeżom mam teraz mnóstwo ciekawych, wrażliwych przyjaciół, a przede wszystkim… satysfakcję.
Znalazłeś jeża i nie wiesz, jak mu pomóc?
Na stronie Ośrodka Rehabilitacji Jeży „Jerzy dla Jeży” znajdziesz wskazówki, jak postępować, gdy spotkasz jeża potrzebującego pomocy. Ośrodek zajmuje się także opieką i rehabilitacją tych kolczastych zwierząt.
Odwiedź stronę „Jerzy dla Jeży”Tekst: Zbigniew Zborowski
Zdjęcie główne oraz kwadrat: Shutterstock
Zdjęcia w artykule: Własność bohaterki reportażu