Mazurski dom z zielonym gankiem sypialnia

Mazurska arkadia w starym domu z zielonym gankiem i wielkimi oknami

Domy w Polsce

Ewa i Adam najpierw uciekli z Warszawy na dalekie północne Mazowsze, by w końcu trafić na wymarzone Mazury. Zostali ruinersami – wzięli pod opiekę stuletnie siedlisko. Pięknie je wyremontowali i urządzili w duchu zero waste meblami i rzeczami z drugiej ręki oraz tkaninami z całego świata. Dobrze się tu czują ludzie i zwierzęta.

reklama
Mazurska arkadia z zielonym gankiem dom z zewnątrz
Ganek i wierzba tak zauroczyły Ewę i Adama, że kupili to stare siedlisko. Kotka ruina (czarno-biała z górnego zdjęcia) mieszkała tu przed nimi.
mazurska arkadia z zielonym ganiem piec kuchenny
Kuchnię kaflową wstawili poprzedni właściciele. Focaccię upiekł Adam, który na Mazurach odkrył w sobie duszę kucharza i piekarza.

Kto ratuje stare chaty?

Kim są ruinersi? – śmieje się Ewa. – To ludzie, którzy zamieszkali na wsi w starym domu. Niekoniecznie tacy, co przenieśli się z miasta na wieś. Są pasjonatami, ratują wiekowe chaty, ale też lokalny krajobraz, przyrodę, dobra kultury. Wie, co mówi; założyła na Facebooku grupę „Mazurscy Ruinersi & Friends”, która zrzesza właścicieli siedlisk i domów w regionie. Sama ruinersem została kilka lat temu, kiedy z mężem kupili stuletni dom na Mazurach.

Najpierw jednak zamieszkali na odległym Mazowszu – to w czasie pandemii wyprowadzili się z Warszawy. Już wtedy od dawna szukali czegoś na Mazurach, bo rejon jest bliski ich sercom, a także dlatego, że Adam pochodzi z Ełku, ale niczego w końcu nie kupili, bo nękały ich różne „kosmiczne zbiegi okoliczności”. Trafiła się za to miejscówka na Mazowszu, piękny sosnowy las, cisza i spokój, praca zdalna. – Pandemię wspominam bardzo dobrze, mieliśmy swoje miejsce z dala od ludzi – mówi Ewa. Za zgiełkiem miasta nie tęsknili, lecz w końcu miasto upomniało się o nich. Covidowy boom budowlany sprawił, że spokojna okolica zapełniła się uciekinierami z Warszawy. Zrobiło się głośno i tłoczno.

Mazurska arkadia z zielonym ganiem piec jadalnia
Mazurska arkadia z zielonym gankiem warsztat tkacki
Praca przy warsztacie tkackim wymaga skupienia; Ewa mówi, że wcale nie jest to czynność medytacyjna. Ona przy krosnach słucha podcastów i audiobooków.

Na zielonym ganku

– Wtedy doszliśmy do wniosku, że ta nasza arkadia jest trochę udawana – opowiada właścicielka. I wrócili do pomysłu mazurskiego domu, najlepiej gdzieś w pobliżu Ełku. Znajoma agentka nieruchomości znalazła siedlisko nieco dalej, ale zarzekała się, że na pewno im się spodoba. Rzeczywiście, dom był przepięknie położony, wkoło pagórki i lasy, rozległe widoki. – Miał uroczy, dobudowany przez poprzednich właścicieli ganek, a z tyłu rosła najładniejsza wierzba płacząca, jaką widziałam – wspomina Ewa. To chyba z tego powodu zdecydowali się na zakup. Oczywiście trzeba było zrobić remont: położyć nowe instalacje, wymienić belki stropowe i okna.

Tymczasem okazało się, że ściany pękają i zawezwani inżynierowie grozili, że być może trzeba będzie podkopać fundamenty. To oczywiście oznaczało ogromne koszty. – W co ja się wpakowałam? – myślała wtedy Ewa, ale pojawił się promyk nadziei. Jeden z fachowców zauważył, że więźba nie ma wieńca. Należało albo zdjąć dach i go na nowo zrobić, albo wzmocnić belkami jego konstrukcję, bo to on osiadał i rozpychał ściany. Właścicielka żartuje, że podeszła do sprawy zgodnie z mottem ruinersów: działaj teraz, martw się potem. Dach został wzmocniony i po roku obserwacji można było odetchnąć z ulgą, operacja się udała.

Mazurska arkadia z zielonym gankiem widok na kuchnię
Żółty piec jest stary i był już kiedyś odnawiany. Po wzorze na kaflach widać, że zdun się pomylił i źle je ułożył.
Mazurska arkadia z zielonym gankiem kredens i kilim

Wnętrze zero waste i wanna w ogrodzie

Wnętrze zostało dostosowane do potrzeb gospodarzy. Powiększyli kuchnię kosztem łazienki. Zachowali stare schody i piece kaflowe, na piętrze położyli drewnianą podłogę z desek z odzysku. Powiększyli okno tarasowe, bo chcieli mieć jeszcze lepszy widok na ulubioną wierzbę i doświetlić pokój. Dodali też okna połaciowe w dachu, żeby nie było tak ciemno, a w niewielkim salonie zdjęli strop. Teraz wydaje się znacznie przestronniejszy. – Wystrój to głównie rzeczy z drugiej ręki, bo tak jest i ekologicznie, i ekonomicznie – opowiada Ewa. Lubi mieszać stare z nowym, ale nie chciała z domu robić skansenu czy wpaść w przesadzoną stylizację rustykalną. Część mebli należała do poprzednich właścicieli, inne upolowała w internecie i na targach staroci. Szczególną ozdobą są tkaniny. Ewa zawsze je lubiła i przywoziła z podróży po świecie. Kiedy przenieśli się na Mazury, poszła na kurs tkacki w Muzeum Kultury Ludowej w Węgorzewie. Kupiła krosna z demobilu i teraz tworzy sama, głównie szaliki.
Żeby nie zniszczyć elewacji, gospodarze niczym siedliska nie docieplali. Nowych tynków też nie kładli, uzupełnili stare tradycyjną techniką. Dom ogrzewają tylko piece. – Tu jest najpiękniej na świecie, ale bywa zimno! – puentuje Ewa. Jednak gdy nadchodzi lato, można na tarasie do woli napawać się widokami albo leżeć w ogrodowej wannie i czytać książki. Tak wygląda prawdziwa arkadia.

Więcej zdjęć z mazurskiego domu zobacz w galerii

ZDJĘCIA: igor dziedzicki stylizacja: joanna kowalczyk TEKST: STANISŁAW GIEŻYŃSKI

Zobacz również