kaszubska agroturystyka

Slow life i międzynarodowa kuchnia w kaszubskiej agroturystyce nad jeziorem

Domy w Polsce

Na Kaszubach u Beaty i Wiesława największą atrakcją jest… brak atrakcji. Tylko wtedy można poczuć,  jak smakuje prawdziwy slow life i pierwszorzędna nalewka z malin.

Mam sprawdzone potrawy, ale mój repertuar ciągle się powiększa, bo lubię eksperymentować - mówi gospodyni.

Z miłości do kuchni

Kiedy zwolniłam, odkryłam, że codzienne gotowanie to nie przekleństwo, tylko przyjemność – mówi Beata. – Zresztą chyba mam do tego talent. Przed przeprowadzką na Kaszuby, gdy mieszkaliśmy z Wiesławem przez jakiś czas w Warszawie, on żartował, że ma w domu najlepszą stołeczną restaurację, której jestem szefem.

– Miłość do dobrej kuchni to jedna z rzeczy, które nas łączą – dodaje Wiesław. – Uwielbiamy jagnięcinę w czerwonym winie, ale robimy też dania z ryb, wegańskie, wegetariańskie, curry, kimchi. Nasza kuchnia jest międzynarodowa.

Z podróży (kolejna wspólna pasja) przywozili książki kucharskie i lokalną sztukę. Dziś mają spory zbiór jednego i drugiego w swoim kaszubskim domu. – „Audrey w kuchni” autorstwa Luki Dottiego, syna Audrey Hepburn, wszystkie „Jadłonomie” Marty Dymek, książki Jotama Ottolenghiego, „Italian Cooking” Carli Bardi i „One Pan, Two Plates” Carli Snyder to moje ulubione – wylicza Beata. – Mam sprawdzone potrawy, ale mój repertuar ciągle się powiększa, bo lubię eksperymentować. Najbardziej, gdy jesteśmy sami w domu albo w naszym „Malinówku” jest akurat niewielu gości. Mam wtedy niezbędny do tego spokój. Nieustające źródło inspiracji to także kuchnia mojej mamy oraz rozbieranie na czynniki pierwsze potraw z restauracji, a potem odtwarzanie ich w domu.

Wygodnie, ale z artystycznymi elementami - tak urządzono wnętrze kaszubskiego domu

Miejsce, gdzie można odpocząć od szalonego życia

Zanim zadomowili się na Kaszubach prowadzili szalone życie – ciagle w biegu, na dwa domy (tylko chwilę mieszkali razem w Warszawie), intensywne. Wiesiek, niespokojny duch, z rodzinnej Bielsko-Białej wyjechał po maturze do Krakowa, a potem ruszył w świat za pracą i przygodami. Mieszkał trochę w Austrii i Holandii, pilotował zagraniczne wycieczki, pracował w Iraku i Kuwejcie. Gdy zarządzał dużymi inwestycjami budowlanymi dla polsko-belgijskiej firmy, poznał w niej Beatę, gdańszczankę, też związaną z rynkiem nieruchomości. Nadawali na tych samych falach i dobrze im było razem, postanowili więc założyć wspólne gniazdo. Ale nim się to stało, trochę czasu upłynęło.

– Byliśmy wtedy w Prowansji, którą zwiedzaliśmy śladami Petera Mayle’a. Trafiliśmy do pięknego, luksusowego starego kamiennego domu, malowniczo położonego na odludziu.

Był stylowo odnowiony. Gospodarze wręczyli nam klucze i wyszli na przyjęcie. A my w lekkim szoku: zostawili swój dom nieznajomym – wspomina Beata. – Gdy zdziwienie minęło, poczuliśmy, że chcemy zwolnić i stworzyć podobne siedlisko. A zamiast szukać pięknych miejsc na chwile relaksu, zamieszkać w takim na stałe. I żyć na co dzień w spokoju.

Obrazy, których mają sporą kolekcję, to sztuka lokalna, przywieziona przez gospodarzy z podróży po świecie.
Z malin rosnących przy domu gospodarze robią własną nalewkę

Wiejski dom pośrodku łąki kwietnej

– Plan wcale nie był taki łatwy do zrealizowania – ciągnie opowieść Wiesław. – Mieliśmy dość wysokie wymagania. Szukaliśmy działki nad wodą, na odludziu, absolutnie nie w środku wsi, no i żeby było tam ładnie, cicho, blisko lasu, ale też nie za daleko od miasta. Przez pięć lat oglądaliśmy różne siedliska, aż jeden gospodarz, który miał już dość uprawiania mało urodzajnego pola, sprzedał je nam. Spełniało wszystkie nasze marzenia, a w miejscu zboża mamy dziś piękną kwietną łąkę.

Dom wymyśliła Beata, z wykształcenia architektka. Koledzy po fachu pomogli zrobić z tego formalny projekt. Miał być wiejski, nowy, ale zbliżony do regionalnej architektury. Tynki ma szorstkie jak tutejsze chałupy, a w środku pełno starych mebli.

– Z początku chcieliśmy zrobić tylko dwa-trzy pokoje gościnne, żeby mogli nas odwiedzać znajomi. Ale pomyśleliśmy: jak to tak, bez kontaktu z ludźmi? – mówi Wiesław. – I powstał pensjonat.

– To był strzał w dziesiątkę – dodaje Beata. – Poznajemy mnóstwo nowych osób i jakoś tak się składa, że do domu, w którym największą atrakcją jest brak atrakcji, przyjeżdżają sami fajni ludzie.

– A nazwa „Malinówko”? Powstała trochę sama – tłumaczą. – Pochodzi od nazwiska Malinowski i upamiętnia tatę Beaty, który od początku bardzo nas wspierał w pomyśle i pomagał w budowie. Miał tu u nas hodować pszczoły. Niestety już zmarł. Z początku miała brzmieć „Malinówka”, ale Zuzia, córka Wiesława, powiedziała nam, że na północy Polski nazwy miejscowości kończą się na „o” i na tym stanęło. A żeby pasowało, posadziliśmy przy domu swoje maliny i robimy z nich pyszną, wytrawną nalewkę. Pięknie rozwiązuje języki i pomaga w tych nowych znajomościach z gośćmi.

Zobacz więcej zdjęć siedliska Malinówko. 

TEKST: AGNIESZKA Wójcińska  STYLIZACJA I ZDJĘCIA: GUTEK ZEGIER