reklama

Proszę spojrzeć: mężczyzna w ornacie uzdrawia chorego chłopca, leżącego lub klęczącego u jego stóp. Czasami zamiast młodzieńca święty musi ratować dziecko trzymane przez matkę albo ułożone w powijakach na podłodze. W jednej ręce trzyma otwartą księgę, krucyfiks lub liść palmowy (symbol męczeństwa); drugą wyciąga w kierunku chorego w geście błogosławieństwa.

Żadnych serduszek, żadnych zakochanych, ani jednego amorka czyhającego z miłosną strzałą na napiętej cięciwie. Święty Walenty, biskup Umbrii, stracony przez cesarza rzymskiego w III wieku, pewnie nie pochwalałby marketingowego święta, w które wplątali go jego zachodnioeuropejscy (z naciskiem na Anglików) podopieczni. Przecież przez setki lat był czczony głównie jako orędownik ciężko chorych, szczególnie epileptyków i zarażonych dżumą. O jego wstawiennictwo modlili się „chorzy na nerwy”, schizofrenicy, szaleńcy oraz – no dobrze – narzeczeni i nowożeńcy.

W Polsce, zanim wchłonęła go różowa powódź serduszek, był bardzo ważną osobistością. Świadczy o tym, między innymi, liczba jego relikwii przechowywanych w kościołach, np. w Zespole Klasztorno-Pałacowym w Rudach Raciborskich (boczny ołtarz), kościele Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Chełmnie, św. Katarzyny w Grodzisku, św. Walentego w Kłocku i aż dwóch świątyniach w Lublinie.

Tekst: Weronika Kowalkowska
Zdjęcia: Shutterstock, Wikmedia

reklama

Zobacz również