szkoła pod kasztanami

Młoda sztuka i design w starej szkole pod kasztanami

Domy w Polsce

Dawną ewangelicką podstawówkę Łukasz z Piotrkiem zamienili w kameralny pensjonat. Do starych murów świetnie pasują meble i dekoracje młodych polskich artystów.

 

Nie uciekliśmy z Warszawy, jak to się często zdarza. Uwielbiamy stolicę. Tętni życiem, jest fantastycznym centrum kulinarnym, artystycznym, biznesowym, ale w pewnym momencie musieliśmy zdecydować, czy chcemy żyć w metropolii, czy w małej wiosce – mówi Łukasz. – Tam i tu było nam dobrze, ale tak sobie pomyśleliśmy: jesteśmy już w pewnym wieku, pracujemy w korporacjach, zawsze dla kogoś. Może warto wreszcie zbudować coś swojego, co będzie sposobem na życie i zarabianie? A że lubimy dobrą kuchnię, architekturę, design i spotkania z ciekawymi ludźmi, jakoś naturalnie połączyło nam się to w dom gościnny – dodaje. – Zaczęliśmy szukać miejsca, oczywiście w górach.

 

Policzyli, że ogromne  kasztanowce przy wejściu muszą mieć ze 115 lat, bo widać je już na zdjęciu z budowy szkoły w 1913 roku.
Policzyli, że ogromne kasztanowce przy wejściu muszą mieć ze 115 lat, bo widać je już na zdjęciu z budowy szkoły w 1913 roku.

Nieznane i piękne: Góry Izerskie

Dlaczego w górach? Bo to wielka miłość Łukasza i Piotrka. Czas spędzony na szlaku z plecakiem to dla nich największe szczęście. Najczęściej bywali w Karkonoszach – skradły ich serca wspaniałą naturą, życzliwymi ludźmi i piękną poniemiecką architekturą. To tam zaczęli szukać siedliska, koniecznie starego, z duszą, „genius loci”, jak mówią. Nie było to łatwe i trwało ponad dwa lata. Podczas wycieczek wypatrywali ogłoszeń na płotach. Karkonosze i ich najbliższe okolice wpisali też do wyszukiwarki nieruchomości na sprzedaż.

Tak trafili na Góry Izerskie. – Nie znaliśmy ich wcześniej, jak 90 procent Polaków – opowiada Łukasz. – Tymczasem okazało się, że jest tam nie tylko przepięknie i dziko, bo to najrzadziej zamieszkany obszar w Europie, ale i przedwojenne domy są tu najpiękniejsze. – Jeden z nich, szkoła ewangelicka z 1913 roku w Kwieciszowicach, zaczął im regularnie wyskakiwać na portalu ogłoszeniowym.

Długo nie brali go pod uwagę, bo nie spełniał ich oczekiwań – przynajmniej tak to wyglądało na zdjęciach. A mieli ich kilka. Po pierwsze, dom powinien być wystarczająco duży, żeby pomieścić ich i gości. Po drugie – z pięknym widokiem. Po trzecie – stać na uboczu. Stara szkoła wydała im się za mała, widoki w ogłoszeniu wprawdzie były, ale mało spektakularne, a na dodatek obok stała świetlica, więc oczami duszy widzieli już wiejskie dyskoteki.

Odrapane z wielu warstw tynku ściany opowiadają o przeszłości. Właściciele połączyli je ze stalową kuchnią IKEA i relingiem z miedzianych rurek.

Magia przypadku, czyli jak znaleźć idealne miejsce na pensjonat

– Aż pewnego lipcowego wieczora, w czasie urlopu, przejeżdżaliśmy obok, a tu na podwórku stoi samochód – mówi Łukasz. – Pomyśleliśmy: co nam szkodzi wejść?

Szybko okazało się, że dom na nich po prostu czekał. W środku pachniało szarlotką, którą właścicielka piekła z wczesnej odmiany jabłek rosnących za domem. Z nią i jej mężem od razu poczuli chemię, przegadali ze trzy godziny. Byli to Wiesia i Erik, na co dzień mieszkający w Holandii. W Kwieciszowicach spędzali tylko tydzień w roku – Łukasz z Piotrkiem mieli wyjątkowe szczęście, że akurat na nich trafili. A gdy zobaczyli dom – w rzeczywistości miał 450 metrów kwadratowych i trzy przestronne pokoje gościnne na poddaszu oraz dużą działkę na tyłach ze starym sadem i wspaniałą panoramą Gór Kaczawskich, polską krainą wygasłych wulkanów – wiedzieli, że trafili na swoje miejsce. Tym bardziej że w świetlicy odbywały się co najwyżej wybory sołeckie i spotkania opłatkowe, żadnych hucznych imprez.

Wiesia i Erik też byli zadowoleni, bo chcieli, żeby dom trafił w dobre ręce. – Za pieniądze ze sprzedaży kupili mniejszy domek w sąsiedniej wioseczce i planują przeprowadzkę na emeryturze, więc będziemy ich mieć po sąsiedzku – cieszy się Łukasz.

sypialnia w starej szkole
Każdy pokój gościnny ma ścianę w innym mocnym kolorze. Wiszą na nich grafiki Justyny Frąckiewicz, Aleksandry Morawiak, Poli Augustynowicz, Agnieszki Malarczyk i Anny Światłowskiej.
W dawnej sali lekcyjnej, którą wyposażono w trzy wielkie okna, by dzieci miały światło do nauki, urządzili przestronną część wspólną, z kuchnią, salonem i jadalnią, gdzie goście lubią spędzać czas.

Nowe meble w starych murach

Poprzedni właściciele remontowali dom, ale do zrobienia zostało jeszcze sporo. – Chcieliśmy zachować to, co się da, bo przecież siedlisko miało już jedno życie – opowiada Łukasz. – Zależało nam, by opowiadało swoją historię. Ale planowaliśmy to przyprawić nowoczesnym designem od polskich projektantów. Czyli nie iść w haftowane serwety i rustykalny klimat jak u babci, tylko podkreślić stare nowym. Lubimy taki styl, a ja wiedziałem, że to dobrze działa – w Warszawie pracowałem przy odnawianiu zabytkowych budynków, choćby fabryki Konesera, które właśnie w ten sposób zostały zrewitalizowane.

W dawnej sali lekcyjnej, którą wyposażono w trzy wielkie okna, by dzieci miały światło do nauki, urządzili przestronną część wspólną, z kuchnią, salonem i jadalnią, gdzie goście lubią spędzać czas.

Stare ściany tak długo obdzierali z tynku, aż uznali, że wyglądają dobrze. Wtedy fachowcy zabezpieczyli je pokostem lnianym, by się nie sypały – z każdej nierówności wygląda tu historia. Podłogi nie udało się uratować – stare deski tak przeżarły korniki, że budowlańcy ostrzegali ich, że mogą się zawalić. Zachowali je, by zrobić półki na książki, a lokalny stolarz wyrychtował im piękną podłogę modrzewiową z odzyskanych dech. Mają różną wielkość i usłojenie, więc wyglądają, jakby były tu od zawsze

Wnętrza z historią doskonale zgrały się z nowoczesnymi dodatkami.

Udało się za to ocalić posadzkę w holu – gdy zdjęli z niej warstwę terakoty z lat 90., ujrzeli piękne kafle. No i drzwi frontowe – mają nawet zdjęcie z lat dwudziestych, na którym stoi przed nimi jeden z uczniów w krótkich spodenkach.

Wszystko to wspaniale zagrało ze współczesnymi krzesłami Paged, fotelami, żyrandolami z probówek, stołami z kamienia i metalu i grafikami młodych polskich artystek. Jest przytulnie i… ciekawie.

– Dla wielu osób Kwieci leży na końcu świata. Dla nas jest to jego początek – mówi gospodarz. – Poznajemy niesamowitych ludzi, gotujemy dla nich steki z kapusty na ekokaszy od sąsiadów, omlet na kiszonej kapuście z oliwą szczypiorkową i miodem czy kisiel z pyłem orzechowym. Pensjonat prowadzimy od roku. To ciężka praca i mnóstwo radości – uśmiecha się.

Zobacz zdjęcia domu gościnnego Kwieci. 

Kontakt do właścicieli: KWIECI.PL

TEKST: agnieszka Wójcińska  ZDJĘCIA: michał mrowiec  STYLIZACJA: michał gulajski

Zobacz również