Dom pod Srebrną Górą: ule i kolorowe dekoracje z pchlich targów

Dom pod Srebrną Górą: ule i kolorowe dekoracje z pchlich targów

Domy w Polsce

Chyży Potok przecina kotlinę na pół. Jedno zbocze to las, do drugiego przytuliły się domy. Na remont swojego Marta zarabiała w Londynie, a dekoracji szukała u handlarzy antyków na słynnej Portobello Road.

Postanowiła wykorzystać stare krokwie do budowy nowych drzwi wejściowych. Sfatygowanym starym również nadała nowe życie – oddzielają kuchnię od sieni

Północną ścianę domu porasta winobluszcz. Lada moment jego liście wybarwią się na czerwono. Od południa pnie się hortensja. Sięga już okien na piętrze i powoli wdziera się na taras. Po upalnym i deszczowym lecie rośliny w ogrodzie rozrosły się do gigantycznych rozmiarów. Stare jabłonie łamią się pod ciężarem owoców. Marta od rana krząta się w kuchni, nie nadążając z napełnianiem słoików. Gdy kolejna partia przetworów ląduje na stole, sięga po złotą, lekko zardzewiałą puszkę.

Kolorowe dekoracje z pchlich targów

Wyjechałam do Londynu z pierwszą falą emigracji – opowiada. – Bez pamięci zakochałam się w tamtejszej herbacie, hortensjach oraz kolorowych wnętrzach. Podobało mi się to, z jaką swobodą Brytyjczycy zestawiają kolory oraz przedmioty współczesne z antykami. – Ja też tak chciałam – mówi, wyjmując z kredensu czerwony, pękaty dzbanek. Za sekundę w kuchni pachnie jej ulubionym jaśminowym earl greyem. – W każdej wolnej chwili wsiadałam w autobus i jechałam do dzielnicy Notting Hill, na Portobello Road. Znajduje się tam słynny targ o niemal dwustuletniej tradycji. Gdy miałam pecha, wracałam tylko z owocami i chlebem. Częściej jednak dopisywało mi szczęście.

Do londyńskiego mieszkania zwoziłam to nadgryzione zębem czasu lampy i obrazy, to kruchą porcelanę i moje ulubione herbaciane puszki. Niektóre to prawdziwe unikaty. Później ładowałam je do samochodu i wiozłam do Polski, bo wiedziałam od zawsze, że korzenie zapuszczę w rodzinnych stronach, w okolicy Srebrnej Góry.

Marta zjeździła okoliczne wioski wzdłuż i wszerz, szukając mebli z duszą. Mnóstwo rzeczy kupiła u handlarza w Bielawie, który miał magazyny w dawnej fabryce tkackiej.

Remont starego domu pod Srebrną Górą

Domek stał opuszczony na rodzinnej posesji koło domu mamy. Wymagał ogromnego remontu, ale Martę, gdy już raz podejmie decyzję, trudno zniechęcić: – Niemal wszystko nadawało się do wymiany. Na szczęście trafiłam na solidną ekipę. Mogłam bez obaw wracać do Londynu i zarabiać na kolejne materiały. W tym czasie panowie uwijali się jak w ukropie, czyścili cegły oraz belki.

Postanowiła wykorzystać stare krokwie do budowy nowych drzwi wejściowych. Sfatygowanym starym również nadała nowe życie – oddzielają kuchnię od sieni. Zjeździła okoliczne wioski wzdłuż i wszerz, szukając mebli z duszą. Mnóstwo rzeczy kupiła u handlarza w Bielawie, który miał magazyny w dawnej fabryce tkackiej. Potem malowała je na żywe kolory. Gdy wypełniła regały i bibliotekę rzędami książek (wyszukiwała ich w brytyjskich charity shopach), uznała, że dom jest gotowy. 

Z czasem w jej życiu pojawił się Bartek, dźwiękowiec w ciągłych rozjazdach, a od niedawna również zapalony pszczelarz. Ręce nieustannie rwą mu się do pracy. – Gdy się do czegoś zabieram, lubię to robić po swojemu. Nie inaczej było z pszczelarstwem. Zamiast tradycyjnych uli wybrałem te mniej popularne, bezramkowe, w których plastry miodu budują pszczoły z produkowanego przez siebie wosku. Moim celem nie była hodowla przemysłowa, lecz zapewnienie owadom domu – opowiada. 

W każdym pomieszczeniu króluje inny kolor - w łazience jest to błękit

Z miłości do pszczół: bezramkowe ule 

Ule postawił Bartek, sam je też zaprojektował. Przydały mu się wiedza i doświadczenie z poprzedniej pracy, gdzie konstruował nietypowe meble. Z rysunkami w ręku zamówił drewno w tartaku i po paru tygodniach miał pasiekę. Lubi dbać o pszczoły, choć przyznaje, że nie zawsze jest wesoło. – Kilka miesięcy temu pojechałem samochodem kupić nowe rójki. Jedno z pudełek było źle zabezpieczone. Otworzyło się w czasie jazdy i nagle otoczył mnie rój pszczół. Z duszą na ramieniu dojechałem do domu – dziś już z uśmiechem opowiada Bartek.

Latem były pierwsze zbiory, raptem kilka słoików. – Nasze pszczoły żyją z dala od rolnictwa przemysłowego, żywią się głównie w lesie. Ich miód jest wyborny! – mówi z dumą. Na potwierdzenie pięcioletni Leon oblizuje się ze smakiem. Chętnie towarzyszy tacie przy ulach, ma nawet kombinezon z kapeluszem. W przyszłym roku pewnie będzie pomagał przy zbiorach. Przydadzą się dodatkowe ręce do pracy, bo wszystkim tak smakuje domowy miód, że już planują powiększenie pasieki. Marzą też o własnej stolarni. Nie wiadomo, co im los przyniesie, ale jedno jest pewne – na brak wrażeń nie będą narzekać. 

Kontakt do właścicieli: wstarymdomu.pl
Tekst i stylizacja: Agnieszka Wrodarczyk
Zdjęcia: Michał Skorupski

Zobacz także: Wśród morenowych wzgórz: stara willa urządzona antykami

Zobacz także: Jak u babci: dom w stylu wiejskim

Zobacz również