Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Kuna - dzika lokatorka

Kuna - dzika lokatorka Zdjęcia: East News  
 
 

Na dach wejdzie bez problemu – po rynnie czy nawet pionowej ścianie. I zadomowi się w try miga. A my tymczasem będziemy się zastanawiać, co to za duch straszy na poddaszu… - o zwierzętach opowiada dr Andrzej G. Kruszewicz - lekarz weterynarii, ornitolog, znawca ptasich obyczajów, autor wielu książek, dyrektor warszawskiego ZOO.
 

Dzika lokatorka


Kłopoty z kunami zaczynają się czasem już na etapie budowy domu. Nagle okazuje się, że ktoś lub coś rozgrzebuje wełnę mineralną na strychu, nocą hałasuje, przewraca narzędzia, zostawia ślady łap na zakurzonej podłodze. Zwykle winą za te wybryki obarcza się któregoś z okolicznych kotów, co czasem kończy się sprzeczką sąsiedzką. Tymczasem sprawcą jest kuna, która wprowadziła się do naszego domu przed nami.

Z takiej sytuacji wyjścia są dwa. Możemy grzecznie wyprosić dzikiego lokatora albo go pokochać, oczywiście po takiej przebudowie strychu, która pozwoli nam bezkonfliktowo żyć obok siebie. Ale czy to w ogóle jest możliwe?
 

Kuna domowa czy leśna?


W Polsce mamy dwa gatunki kun: domową i leśną. Obie są wielkości średniego, smukłego kota. Domowa ma na przedzie szyi i łapkach rozległą białą plamę, leśna – mały pomarańczowy śliniak.

Oba gatunki są aktywne przede wszystkim nocą, stąd tak doskonale mają rozwinięte wszystkie zmysły, zwłaszcza słuch i węch. Leśna widzi chyba nieco lepiej od domowej, bo poluje także w dzień, najchętniej na wiewiórki. Jednak główne menu dla obu stanowią złowione nocą gryzonie i ptaki. Kuny nie pogardzą też żabą czy jaszczurką, dużym owadem, a pod koniec lata również słodkimi owocami. Zimą dobierają się do miodu dzikich pszczół i rozwalają im gniazda w dziuplach, co dla wielu pszczelich rojów kończy się fatalnie.

Kuna leśna, zwana inaczej tumakiem, jest bardziej płochliwa i unika sąsiedztwa ludzi, chociaż w domku pod lasem potrafi nieźle narozrabiać, zwłaszcza gdy wprowadzi się do niego pod nieobecność właścicieli. Tak naprawdę przyczyną większości zdewastowanych stropów, dziwnych odgłosów na strychu i nieprzespanych nocy mieszkańców najczęściej jest kuna – nomen omen – domowa, zwana też kamionką.

W naszych domach najczęściej możemy spotkać samotnego samca albo całe rodziny, z samicą i gromadką młodych. Wybierają zaniedbane strychy lub izolacyjną warstwę wełny mineralnej pomiędzy ścianą wewnętrzną strychu a dachem. Wtedy wyrządzają najwięcej szkód. A mają do tego warunki!


 

Rozrabiaka mimo woli


Dorosła kamionka w chodzeniu po pniach drzew albo ścianach budynków nie ma sobie równych. Jest smukła, gibka i długa na mniej więcej pół metra, a do tego trzeba doliczyć jeszcze ze 25 cm puszystego ogona. Śmiga jak błyskawica. Zwalnia nieco podczas polowania, poruszając się niemal bezszelestnie. Dlatego czasem dopiero po kilku latach domownicy orientują się, że mają dzikiego współlokatora. Wprawdzie coś im kiedyś mignęło nocą, widzieli jakieś ślady na śniegu, zabrudzenia na tynku czy kłaczki sierści przy szczelinie w dachu, ale tropy kuny łatwo pomylić z kocimi. Nawalił samochód, bo jakieś zwierzę przegryzło przewody paliwowe? W zimne dni kuna lubi wejść pod maskę, by ogrzać się przy ciepłym jeszcze silniku, a przy okazji przegryzie jakąś rurkę czy kabelek. Ot, takie nietypowe przedstawienie się współlokatora!

Znam jednak i takie przypadki, kiedy gospodarze dowiadywali się, że mają kuny w domu, dostrzegając nagle wieczorem małe oczka zerkające na nich przez okno. Można się przestraszyć! Kuny w ogóle nie są łatwymi sąsiadami. Odchody na strychu, intensywny zapach i pióra zjedzonych ptaków, które znosi do swojego lokum, mogą przeszkadzać. Ale najgorsza jest ruja w sierpniu i związane z nią nocne gonitwy, dzikie wrzaski, diaboliczne jęki i piski. Nie każdy to wytrzyma.

Ktoś o słabych nerwach, a przy tym nieświadomy obecności kun na swoim strychu, może podejrzewać demony i myśleć poważnie o egzorcyzmach. Na domiar złego baraszkujące kuny uruchamiają domowe alarmy, uszkadzają przewody, a nawet przestawiają anteny. Ich okres godowy jest zapowiedzią długiej ciąży, która jest u kun zjawiskiem niezwykłym.

Zaraz po zapłodnieniu w sierpniu zarodki kuny przestają się rozwijać i w stanie biologicznego uśpienia czekają na wiosnę. Dopiero pod koniec zimy znów zaczynają rosnąć, i to bardzo szybko. W kwietniu lub na początku maja przychodzą na świat, w suto wymoszczonym gnieździe zbudowanym przez samicę w zakamarkach strychu, rozległej dziupli, starej drewutni lub nieużywanym garażu. Zwykle miot liczy 2-3, a czasem nawet 4 młode. Na początku są ślepe i głuche oraz niemal łyse, ale szybko rozwijają się i po 3 miesiącach już żwawo biegają, głośno rozrabiając na strychu. Jesienią opuszczą matkę i poszukają sobie własnej kryjówki. Zwykle wśród okolicznych, wolnych jeszcze, strychów. I właśnie takich świeżo zakwaterowanych lokatorów, młodych i niedoświadczonych kun, najłatwiej zniechęcić do osiedlania się.
 

Jak pozbyć się kuny?


Sposobów jest wiele. Elektroniczne wypłaszacze, światełka, alarmy, psie kupy rozkładane na strychu, a nawet kupy tygrysów lub lwów z zoo. Tak, to nie jest żart. Corocznie kilka osób prosi nas o torebkę odchodów wielkich kotów. I podobno taki repelent naprawdę działa, choć moim zdaniem prawdziwie skuteczne jest tylko i wyłącznie uszczelnienie strychu.

Kiedyś, przed laty, zaraz po wyprowadzeniu się z miasta na wieś, miałem liczne prośby od sąsiadów o pomoc w pozbyciu się kuny. Opracowałem specjalną, żywołowną pułapkę i wypożyczałem ją po sto złotych za tydzień. Dodatkowo zachęcałem, by przez kilka dni pułapkę zostawiać otwartą i wkładać do niej kanapki z miodem – przysmak kun. Gdy przynęta zaczynała znikać, należało odblokować pułapkę.

Po złowieniu kunę trzeba wywieźć najdalej jak się da, najlepiej za dużą rzekę. Przy transporcie autem warto bagażnik wysłać solidną folią, bo jak zapach kuny wniknie w tapicerkę, będziemy ją wspominali przez wiele miesięcy. I niekoniecznie będą to dobre wspominki. Zachęcałem też, by w okolicy wypuszczenia kuny do skrzynek pocztowych sąsiedzi powrzucali ulotki o odławianiu kun z numerem telefonu do mnie. To mogło być niezłym sposobem na biznes, ale praca w zoo coraz bardziej mnie absorbowała, więc z tego zrezygnowałem. Tym bardziej że znam wiele osób, którzy sąsiedztwo kun pokochali i potrafią opowiadać o nich godzinami. Może więc warto rozważyć takie rozwiązanie i zbudować im na strychu osobną komorę na gniazdo, żeby nie musiały niszczyć ocieplenia?

Tekst: Andrzej G. Kruszewicz
Zdjęcia: East News, Shutterstock
 

Czy wrona może grać w piłkę? Polecamy artykuł: Ptaki w mieście.

reklama
Weranda Country nr 7/2015

Zobacz również: