Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Na tropie borsuka

Borsuki najłatwiej spotkać latem. Przepadają za dżdżownicami, rosówkami i miodem. Zdjęcia: Getty Images, Shutterstock  
 
 

Jest takie powiedzenie: siedzi jak borsuk w norze. Ale on wcale nie jest nudnym domatorem, tylko woli buszować po lesie nocą. O zwierzętach opowiada dr Andrzej G. Kruszewicz lekarz weterynarii, ornitolog, znawca ptasich obyczajów, autor wielu książek, dyrektor warszawskiego ZOO.
 

Kiedy wybrać się na spotkanie z borsukiem?


Najłatwiej spotkać je latem, o zmierzchu, kiedy wychodzą, by szukać jedzenia. Borsuki dzień przeważnie spędzają w zaciszu domowym. Nory są wielopoziomowe, rozbudowane w labirynty i mają wiele wejść, kominy wentylacyjne, komory letnie i zimowe, a nawet izby dziecięce, jest więc gdzie rozprostować kości. Bywa, że jedno domostwo zamieszkuje wielopokoleniowa rodzina tych towarzyskich ssaków. Dlatego najodpowiedniejsze są dla nich zagubione w lesie wąwozy lub skarpy. Odróżnienie takiej nory od lisiej nie jest trudne, gdyż przy borsuczych panuje zawsze wzorowa czystość. Brak tam też zapachu, jak przy lisich jamach, gdyż borsuki mają latryny daleko od wejścia. Dlatego też ich kryjówki bywają chętnie zajmowane przez wilki.
 

Borsucze przysmaki


Borsuki przepadają za dżdżownicami i rosówkami, w ich poszukiwaniu myszkują po deszczu na śródleśnych polanach. Z apetytem rozkopują gniazda myszy i norników, po drodze połykają żuczki gnojowe, a pod koniec lata jedzą miód i czerwie z gniazd os i trzmieli, które w tajemniczy sposób rozkopują, unikając użądleń. W ich sąsiedztwie nie może bezpiecznie się czuć ani zaskroniec, ani żmija, a nawet ślimak czy żaba. Borsuki zjedzą wszystko, także młodą trawę, koniczynę,  żołędzie, leśne maliny, jagody, borówki i grzyby. Są absolutnie wszystkożerne. Wyrośnięty borsuk nie przepuści nawet młodej sarnie, zajączkowi czy jeżowi. Zjada także krety, na które z powodu toksyn zawartych w ciele jest niewielu amatorów.


 

Tajemnice borsuków


Nawet sposób rozmnażania się borsuków jest pełen tajemnic. Wiemy, że do rozwoju młodego w organizmie matki potrzeba 7-8 tygodni, ale nie mamy pojęcia, dlaczego ciąża może trwać na przykład 7 albo aż 14 miesięcy. Gody borsuków odbywają się głównie wiosną, ale mogą też wypaść latem lub na początku jesieni. W zależności od terminu ciąża może trwać krócej albo dłużej. Zarodki, w liczbie do 5 (czasem więcej), są uśpione w organizmie matki i zaczną się rozwijać dopiero wiosną, gdy samiczka będzie lepiej odżywiona i obudzi się ze snu zimowego.
 

Zimowa hibernacja


W czasie hibernacji, a borsuki przesypiają całą zimę, ciąża się nie rozwija. Mało rozsądnie byłoby przyjść na świat, gdy matka jest pogrążona w śnie zimowym. Zaraz po narodzinach borsuczęta są pokryte niemal śnieżnobiałym puchem. Ślepe i głuche będą ponad miesiąc, jednak już w wieku 2 miesięcy zaczną wychodzić z nory i poznawać dziwy tego świata. Usamodzielnią się jesienią, ale zwykle potem zimują razem z rodzicami we wspólnej norze. Przytulone do siebie grzeją się wzajemnie. To pomaga, choć sen zimowy zależy od tego, czy borsuk zgromadzi ogromne rezerwy tłuszczu. Każdy zwierzak musi mieć nadmiar wynoszący co najmniej 7 kg. Jeśli go nie ma, nie przeżyje snu lub wręcz wcale nie zaśnie. Dorosły borsuk waży wiosną około 8 kg. Do jesieni jego waga może wzrosnąć nawet do 20 kg. Widywałem takie grubasy. Wyglądają wtedy komicznie i są, niestety, łatwym łupem wilków.
 

Borsuczy raj w Norwegii


Z borsukami w Polsce miałem niewiele spotkań, ale pewna rodzina tych zwierząt w Norwegii chyba mnie jeszcze pamięta. W górach badałem muchołówki i musiałem czasem przejść skrajem nadrzecznej skarpy, na której szczycie borsuki miały swój dom, a właściwie całe miasto. Tak przechodziłem, by być jak najdalej od nor. Nie chciałem wystraszyć zwierząt i wpaść do dziury. Mimo to za każdym razem zaskakiwałem młode borsuczki wygrzewające się w plamie słońca, a podczas deszczu szukające czegoś wśród korzeni. Za każdym razem maluchy czmychały pędem do najbliższych norek, ale szybko przekonałem się, że już po chwili obserwują mnie ukryte w mroku swojego schronienia. Zdradzały je czarno-białe paski poruszające się w ciemności. Cztery pary ciekawskich oczu zerkały na brodatą kreaturę, czyli na mnie. Każda para oczu oczywiście w innej norce. Czasem siadałem na pniu nad rzeczką i przyglądałem się im przez lornetkę.

Bliskie spotkania


Ostrożne to one nie były! Ale też nie miały naturalnych wrogów. Nieliczne już w Norwegii wilki i rysie nie odwiedzały tej okolicy. Orły nie obniżały tu lotu, a do najbliższego rewiru niedźwiedzia było kilkaset kilometrów. Nawet lisów tam nie widywałem. Istna borsucza idylla. Jedynym zagrożeniem mógł być człowiek lub pies, ale ta nora znajdowała się na takim odludziu, że nigdy tam nikogo nie spotkałem. Byłem zapewne jedynym homo sapiensem, którego te maluszki miały okazję oglądać. I oglądały ile wlezie! One mnie, a ja je. Moim zwyczajem stało się podpatrywanie borsuczków już od śniadania. Dzielił nas dystans niecałych 100 metrów, więc jak na obserwowanie ostrożnych ssaków – bardzo niewiele. Węszyły, śmiesznie kręcąc czarnymi noskami. Ich najlepiej rozwiniętymi zmysłami są węch i słuch. Jeśli się nie ruszałem, to mnie ignorowały. Rodzice pewnie twardo spali po pracowitej nocy, a maluszki w tym czasie rozrabiały i podglądały człowieka. Czasem przynosiłem im kilka świerkowych szyszek. Najpierw się ich bały, ale potem nosiły w pyszczkach i rozdrapywały na drobne kawałki. I tak bawiliśmy się przez półtora miesiąca. Niemal codziennie. Kiedy wyjeżdżałem z Norwegii, nie brakowało mi ani ptaków, ani norweskich przyjaciół, tylko tych rozrabiających na skarpie słodkich szkrabów.
 

Zobacz również: Szop pracz w Polsce.


Zdjęcia: Getty Images, Shutterstock

reklama
Weranda Country nr 6/2015