Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Czas pięknych saren

Sarna to nie żona jelenia. Samiec sarny to rogacz lub kozioł, a samica koza. Małe sarniątka nazywamy koźlętami. Zdjęcia: Cezary Korkosz, AGE/BE&W, Shutterstock  
 
 

O sarnach i ich zwyczajach opowiada dr Andrzej G. Kruszewicz, lekarz weterynarii, ornitolog, znawca ptasich obyczajów, autor wielu książek, dyrektor warszawskiego zoo.
Podczas wyjazdów rozglądajcie się uważnie, bo z pewnością zza jakiejś kępy traw patrzą na was ogromne sarnie oczy.
 

Jak się nazywają samiec i samica sarny?


Ciągle pokutuje pogląd, że sarna to żona jelenia. Tymczasem są to dwa odrębne gatunki! Samiec sarny to rogacz lub kozioł, a samica – koza. Młode są nazywane koźlętami. U jeleni z kolei samca nazywa się bykiem, samicę łanią, a młode cielakami. Sarny są też dużo mniejsze i łatwiejsze do podejrzenia.
 

Gdzie w Polsce mieszkają sarny?


Zasiedlają niemal całą Polskę, poza górami. Wysoki śnieg wyraźnie im nie sprzyja. Z kolei w województwach północno-wschodnich zamieszkują tylko lasy. Im dalej na zachód, tym więcej saren spotyka się na polach, a mniej w lasach. Chociaż słyną z płochliwości, to właśnie w maju (i jeszcze w czerwcu) mamy szansę zobaczyć jeden z najpiękniejszych widoków na świecie, czyli zgrabną samiczkę sarny z potomstwem. Po zimie stadka rozpadają się i każdy osobnik zajmuje odrębne terytorium, najchętniej wracając do starego rewiru, który dobrze zna. Samice w ciąży oddalają się w poszukiwaniu miejsca, gdzie spokojnie powiją potomstwo. Towarzyszą im ubiegłoroczne koźlęta, bo matka nie przepędza ich nawet wtedy, gdy doczeka się już młodych. Późną wiosną i latem sarny żywią się ziołami, trawą oraz świeżymi pędami drzew i krzewów, więc można je spotkać na łąkach, w zbożu i trawach. Podczas majówkowych spacerów warto się rozglądać, czy zza jakiejś kępy nie spoglądają na nas ogromne sarnie oczy ozdobione długimi rzęsami.
 

Jak rozpoznać samicę sarny?


Po czym możemy poznać, że spotkaliśmy damę? Na przykład po fartuszku. Albo po lustrze, które u samiczki będzie większe niż u kozła. Brzmi tajemniczo, bo to gwara myśliwska, ale już wyjaśniam, o co chodzi. Fartuszek to pęczek rudawych włosków, który u kozy zwisa w okolicy jej kobiecości. A suknią nazywana jest okrywa włosowa saren. W wersji zimowej ma kolor szarobury i wtedy doskonale widać na niej lustro, czyli białą plamę sierści w okolicy ogona, która u samicy jest większa niż u samca. Od kwietnia do czerwca sarny zmieniają swoją garderobę na letnią i suknia staje się ruda, a lustro pomarańczowe. Najpierw dzieje się to u pań i młodzieży, a dopiero potem u starszych samców. À propos panów, kozły też oddalają się wiosną od stada i przygotowują do letnich potyczek o kozy. Walki nasilają się w lipcu, w okresie rui. I właśnie wokół tematu rui oraz ciąży u saren było do niedawna najwięcej kontrowersji. Rozwiały je dopiero najnowsze badania.
 

Ile trwa ciąża u sarny?


Okazało się, że po lipcowym zapłodnieniu zarodek w organizmie matki rozwija się tylko przez 2 tygodnie, po czym podlega trwającemu do grudnia „uśpieniu”. Nic dziwnego, że to pierwsze stadium, kiedy zarodek jest pęcherzykiem o średnicy około 0,1 mm, uchodziło uwadze biologów. Dopiero zimą zaczyna się normalnie rozwijać i po 5 miesiącach przychodzi na świat śliczne, plamkowane koźlątko. Tak więc ciąża u saren trwa 9 i pół miesiąca, ale rozwój płodu tylko 5 miesięcy! Życie rodzinne saren jest, jak widać, pełne tajemnic i dlatego z lubością je podglądam.

 

 

Obserwacja saren


Nad Bugiem, gdzie okazyjnie nabyłem niewielkie gospodarstwo i w wolnych chwilach bawię się w ekologiczne uprawy, mam po sąsiedzku sporo saren. Siedząc wieczorem przy niewielkim ognisku, widuję je, jak wychodzą na żer. Podglądam przez lornetkę, a czasem robię im zdjęcia. Ale najlepsze są obserwacje podczas cichego spaceru skrajem lasu i łąk, zwłaszcza o świcie i zmierzchu. Jedna z żyjących po sąsiedzku kóz szczególnie zapisała się w mojej pamięci. Najpierw widywałem ją z bardzo starym kozłem. Miał siwy łeb i srebrne, krótkie parostki. Później zniknął. Pewnie nie przeżył zimy. Nawet nie zrobiłem mu fotki, a taki matuzalem to byłoby coś. Później ta siuta (to inna nazwa sarniej kozy) miała przykrą przygodę z lisem, który dusił jej koźlę ukryte w łanie owsa. Usłyszałem dziwne dźwięki i poszedłem sprawdzić, co się dzieje.

Zobaczyłem lisa (też mój znajomy, z bardzo krótkim kikutem ogona, ma norę w mym lasku), który trzymał w zębach pyszczek koźlęcia. Malec był ledwie żywy, a koza wydając z siebie głośne piski, pozorowała ataki na lisa, jednak nie odważyła się uderzyć go swymi cewkami, czyli nogami. Gdy ja zapozorowałem atak na lisa, ten puścił koźlątko i czmychnął polną drogą, oglądając się na mnie złowrogo. Podszedłem do koźlęcia, ale tym razem koza wykonała atak na mnie. Zatrzymała się w końcu i głośno piszczała. Maluszek nie miał siły wstać, krwawił i szeroko otwierał pyszczek. Poszedłem do domu po leki przeciwwstrząsowe. Zamierzałem wstrzyknąć mu dawkę kortyzonu, co zwiększałoby szansę przeżycia szoku. W końcu jestem lekarzem weterynarii! Po chwili byłem z powrotem przy nim ze strzykawką, ale ten wstał, oddychał lepiej i trochę chwiejnie pokicał w stronę matki. Zrezygnowałem z podania leku i dotykania malca. Koza znów wykonała pozorowany atak na mnie, ale jej powiedziałem, żeby się nie wygłupiała, i szybko odszedłem. Tydzień później widziałem ją z dwoma koźlętami, męskim i żeńskim. Jeden miał jakiś bałagan na głowie, jakby strupy, więc pewnie był tym zaatakowanym przez lisa nieszczęśnikiem (a może jednak „szczęśnikiem”?).

Kolejny raz zobaczyłem tę kozę w sierpniu. Towarzyszyły jej te same dwa koźlęta, a także zeszłoroczny koziołek, który trzymał się nieco na uboczu. Odkryłem to towarzystwo przypadkiem, podchodząc na skraj lasu od strony rzeki, która płynie w swej dawnej pradolinie. Sarny były za skarpą i gdy się do nich zbliżyłem na jakieś 30 metrów, mogły widzieć najwyżej czubek mojej głowy. Ja widziałem je doskonale. Koza seniorka przykucnęła, niemal dotykając kuperkiem ziemi. Siusiała, ale czujnie rozglądała się na boki. Gdy skończyła, jeden z malców, koziołek, zbliżył się do niej w komicznych podskokach i, pochylając głowę, atakował ją swą bezrogą główką. Ta, niby to przygotowując obronę, przykurczała przednie nogi i brała uderzenie na czoło. I tak kilka razy. Jego siostrzyczka przyglądała się temu ze zdziwieniem, a ubiegłoroczny koziołek aż wyciągał swą cienką szyję, by obserwować „walkę”. A więc nawet dla innych saren zachowanie tego męskiego koźlątka było czymś niezwykłym. Nie chcąc naruszać rodzinnej sielanki, wycofałem się cichcem, obszedłem las sporym łukiem i pokazałem się sarnom na drodze jakieś 300 metrów od nich. Zauważyły mnie, chwilę obserwowały w napięciu, a potem ruszyły spłoszone, kryjąc się za lasem. Nawet nie wiedziały, głuptaski, jak blisko nich byłem i że odkryłem ich rodzinne tajemnice. Cała czwórka trzymała się razem aż do jesieni. Ciekaw jestem, w jakim składzie zobaczę je podczas majówki.

 

Tekst: Dr Andrzej G. Kruszewicz

Polecamy również inny artykuł dr Andrzeja G. Kruszewicza o szopach: Szop pracz w Polsce.

reklama
Weranda Country nr 5/2015