Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Idzie rak...

Idzie rak...
 
 


Tyłem zmyka tylko wtedy, gdy czuje zagrożenie. I nie jest wcale czerwony, lecz ceglasty albo błękitnawy.

Raz w życiu zachowałem się jak prawdziwy patriota: gdy zjadłem amerykańca – nie bez dumy oświadcza pan Witold. Aż boję się pytać o szczegóły. Ale on śmieje się serdecznie i zaraz wyjaśnia. – Amerykańcem przezywamy raka, który przywędrował do nas z Ameryki Północnej i zdominował rodzime gatunki: raka szlachetnego i błotnego. Niestraszna mu zanieczyszczona woda, dlatego naszych wrażliwców bije na głowę. Wiem, perfidny byłem – kaja się.

Żłobek w piwnicy

Prawda jest jednak taka, że zamiast przyrządzać raki, woli je obserwować. Napisał nawet o nich doktorat w warszawskiej SGGW. Razem z grupą studentów próbuje ratować polskie gatunki i odtwarzać ich naturalne stanowisko.

W piwnicy uczelni założył raczy żłobek, gdzie hoduje młode. Olbrzymią salę zajmują trzymetrowe koryta z pleksi. Woda jest tu filtrowana i napowietrzana, a mamy i dzieci mieszkają w raczych blokowiskach, czyli cegłach dziurawkach. Po 4-5 miesiącach, gdy niemowlaki podrosną, wypuszcza je do rzek i stawów. – Zwykle pierwsze wyprawy organizujemy na początku maja. Zakładamy wysokie rybackie gumowce, bierzemy latarki i ciemną nocą wędrujemy w las – opowiada pan Witold.

reklama

Po jakimś czasie wracają zobaczyć, jak miewają się ich podopieczni. Sprawdzają, ile z nich przeżyło (na raki polują chrząszcze, węgorze, sumy, wydry), biorą do badania próbki wody. – Kiedyś Polska rakami stała – wspomina z żalem dawne czasy. – Wystarczy zajrzeć do przedwojennych książek kulinarnych: ile tam było przepisów na raki! Gotowane w wywarze koperkowym, z ryżem, faszerowane racze pancerze, masło racze – wymienia jednym tchem. – Dzisiaj miłośnicy takich specjałów muszą jechać aż do Szwecji, gdzie co roku w sierpniu organizowana jest rakowa uczta. Przy długich drewnianych stołach zasiadają biesiadnicy w śliniakach pod brodą i pałaszują skorupiaki. A wie pani, od czego pochodzi określenie „raczyć się czymś”? – zagaduje.

– Otóż, gdy zbliżają się gody, samce stają się wyjątkowo brutalne: wyciągają samice z nory, obezwładniają, przewracają do góry nogami i zabierają się do rzeczy. Z tym że raczy seks może trwać nawet kilkanaście godzin. To dopiero znaczy delektować się.

Siedzimy w przytulnym gabinecie: jamnik Tycia zwinął się u stóp i drzemie, w imbryku naciąga herbata, na talerzyku – raczki-cukierki. – Raki chyba zostały mi zapisane w gwiazdach. Bo jestem spod znaku Raka – śmieje się pan Witold. Choć nie umie pływać, zawsze ciągnęło go do wody i tego, co się w niej kryje. – Raki prowadzą nocne życie, a ja nie jestem nocnym markiem, dlatego osobniki, które działają wtedy, kiedy wszyscy smacznie śpią, zawsze mnie pociągały.

Weranda Country nr 5/2013