Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Gąska do domu

Gęsi Udomowione gęsi doskonale odnajdują się w swoim środowisku naturalnym.
 
 

Na początku było jajo. Zniosła je stara gęś, a wysiedziała indyczka. Pisklę okazało się niewątpliwie gęsią, choć o tym nie wiedziało, bo matek miało kilka. A ptaki te kogo zobaczą pierwszego, tego traktują jak rodzica.

Bocian wisiał na kominie starej stodoły jak nietoperz, kręcąc ze zdumienia głową. Podczas długich zamorskich podróży wiele widział, ale to, co działo się na podwórku, przekraczało granice jego doświadczeń. Wśród traw na białej szmatce siedziała maleńka, żółta gąska i pałaszowała młode liście mniszka. Znosiliśmy je, garściami, bo apetyt miała wilczy. Popiskiwała przy tym i czasami wymachiwała czymś, co skrzydełkami jeszcze nie było, a my nazywaliśmy to „kucyperkami”. Warował przy niej wielki wsiowy kundel Bolo, zapatrzony w pisklaka jak w obraz.

Od początku było z nią po wariacku. Gęś jej nie chciała, bo dawno zapomniała, że w ogóle zniosła jajo. Indyczce się nie podobała, bo jakaś dziwna i piska inaczej niż indyczęta. Kury nie kwapiły się do matkowania wielkiemu maluchowi. Na szczęście znalazła gąskę moja siostra i zabrała do domu. Nie bardzo wiedziała, co z nią zrobić – na wsi zamieszkała niedawno, a w mieście z drobiem miała do czynienia tylko wtedy, gdy wkładała przyprawiony majerankiem do piekarnika. Po poprzedniej właścicielce gospodarstwa odziedziczyła jednak stadko ptaków i kilka chudych kotów. Z pomocą przyszły życzliwe sąsiadki. Kazały włożyć płaczącą kulkę do pudełka z sianem, postawić pod lampą i karmić gęsimi specjałami, czyli mleczem, krwawnikiem, jajkiem. Gunia przyjmowała to wszystko ze zrozumieniem, napychała frykasami wole i z dnia na dzień robiła się większa.

reklama

Przyjechaliśmy do siostry pod koniec maja i coraz bardziej absorbująca gąska zamieszkała z nami. Było chłodno, więc na noc zabieraliśmy ją do siebie, owijając szmatką, żeby nie brudziła. Małe gęsi okropnie paskudzą (duże zresztą też, ich odchody można wykorzystać jako naturalny nawóz w ogrodzie). Zasypiała, chowając łepek pod skrzydełko. Myliśmy jej łapki i kuperek pod kranem, uczyliśmy pływać w wannie, zmienialiśmy siano, siekaliśmy mniszek z krwawnikiem, a codziennie trzeba było zebrać tego dwie torby.

Gunia słysząc nasze głosy podskakiwała i wyraźnie prosiła, żeby ją wyjąć z pudełka. Na spacerach dreptała koło nas, a lekcje prawdziwego pływania pobierała w pobliskim stawiku. Mój mąż Jurek zabierał ją tam i towarzyszył z benedyktyńską cierpliwością, bo uwielbiała się taplać w wodzie. Gdy nie chciała wyjść, udawał, że odchodzi. Wtedy natychmiast wyskakiwała i gnała za nim z krzykiem, machając „kucyperkami”. Wygrzewała się z nim w słońcu na leżaku, z czułością skubiąc brodę, cały czas gaworząc po gęsiemu.
 

Weranda Country nr 3/2010