Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Pan od węży

Agama ostrogłowa Zdjęcie 5/15
 
 


Postura zapaśnika, bojówki i wygolona głowa kontrastują z łagodnym tonem głosu i ciepłym uśmiechem. Już po pięciu minutach rozmowy wiadomo, że Bartek Gorzkowski potrafi zachować zimną krew w najbardziej nawet ekstremalnych sytuacjach.

To się bardzo przydaje, jeśli czyjąś życiową misją jest ratowanie gadów – wszelkich rozmiarów i kształtów, niegroźnych i śmiertelnie niebezpiecznych. Oraz mocno podenerwowanych. – Moja rodzina zawsze miała zwierzęta. Trzymali je w domach albo przy nich pracowali. Daleki krewny był zatrudniony w zoo, przy gadach właśnie. Dzięki niemu wkręciłem się w temat – mówi Bartek.

Od 12 lat zajmuje się odławianiem gadzich (ale także płazich i pajęczych) „zbiegów i sierotek” w Lublinie i okolicach. Jest pomysłodawcą pierwszego i jak na razie jedynego w Polsce egzotarium (drugie niedługo zostanie otwarte przy warszawskim zoo), które jest jednocześnie schroniskiem, centrum rehabilitacyjnym i ośrodkiem edukacyjnym. Oczywiście Bartek nie stworzył go sam – pomogli mu przyjaciele, wolontariusze i szeroko pojęte „władze”. – Proszę koniecznie napisać, że prywatna inicjatywa to nie walenie głową w mur, ja jestem najlepszym przykładem. Można się dogadać z miastem, z funduszem środowiskowym, trzeba tylko chcieć.

reklama

Malutki i Głodzilla

Zaczęło się od tego, że brakowało miejsca na zwierzęta z interwencji. – Wpadłem na pomysł, żeby przy lubelskim schronisku dla zwierząt zorganizować oddział dla zwierząt egzotycznych – opowiada. – Dzięki współpracy z lokalnym Wydziałem Ochrony Środowiska i dyrektorką schroniska panią dr Bożeną Kiedrowską dosto-sowaliśmy najpierw jedno pomieszczenie, potem drugie. Teraz pracujemy nad trzecim. Wybudowaliśmy także oczko wodne dla żółwi.

Rzeczywiście – trzy małe pokoiki wypchane są po sufit (dosłownie) terrariami. – To jest Malutki – Bartek pokazuje mi legwana z paskudną blizną na pysku. – Jacyś ludzie kupili go dla ozdoby. Ale kiedy biedakowi zrobił się ropień, zamiast leczyć zwierzaka, przynieśli go do uśpienia.

Na szczęście lekarz zadzwonił do nas. Miesiącami walczyliśmy o Malutkiego. Udało się. Tyle że schronisko wydało na jego kurację coś koło tysiąca złotych, a tamci państwo za dwie stówy kupili sobie nowego legwana. Dla nich zwierzę to rzecz. A rzecz zepsutą wyrzuca się i zastępuje nową, ładną.

Dalej mieszka Głodzilla, legwan z krzywicą, w młodości karmiony tylko sałatą. Obok egzotyczna żmija, piękna i diabelnie jadowita, znaleziona na parkingu supermarketu w pudełku oklejonym taśmą. Nagle czuję na sobie czyjś wzrok. To Misia – trzyipółmetrowa pytonica (kiedyś dobije do siedmiu metrów), niekwestionowana gwiazda egzotarium. Właściciel porzucił ją, bo za bardzo urosła. Gdy podchodzę, Misia zwija się i próbuje wydrzeć na wolność. Może jej za ciasno? Moje pytanie wzbudza wesołość Bartka: – Węże lubią ciasne, przytulne miejsca, bo w nich mogą bezpiecznie leżeć i trawić zdobycz. A Misia tak szturmuje terrarium, bo chce na rączki. To niewiarygodny pieszczoch! Ze względu na sympatię do gatunku homo sapiens pytonica jeździ z Bartkiem na wizyty do szkół, przedszkoli, szpitali.

– Założyłem wraz z dwójką przyjaciół, Kacprem i Nadią, fundację Epicrates, która stawia na edukację: właścicieli, sprzedawców, urzędników, ale przede wszystkim dzieci. Trzeba wychować pokolenie odpowiedzialnych opiekunów tych niezwykłych zwierząt. Fundacja organizuje szkolenia dla strażaków i innych służb oraz uczy najmłodszych, jeździmy również do schronisk.
 

Weranda Country nr 1/2013

Zobacz również: