weranda.pl werandaweekend.pl
reklama

Nasi mili sąsiedzi, właściciele dwóch koni, wielu kóz, psów i kota jesienią opuszczają swoje ranczo dla wakacji w Toskanii albo innego cieplejszego kraju. Mamy wtedy gwarantowany nocny program rozrywkowy. Kilka lat temu dobrze po północy obudził nas męski głos domagający się od kobiety (o której prowadzeniu się nie był dobrego zdania) natychmiastowego wpuszczenia do domu w celu jej zabicia. Przypuszczaliśmy – po odgłosach – że ma ostrą siekierkę, więc wezwaliśmy policję. Po godzinie zjawił się radiowóz z dwoma zaspanymi agentami, którzy dzielnie zadzwonili do furtki, ale odgonieni ostrym słowem i wyciem „groźnych psów’’ dali tyły. Nazajutrz po południu sami wtargnęliśmy na posesję. Zastaliśmy tam robiących porządki dwoje skacowanych młodych ludzi. Przeprosili nas za to nocne „romantyczne nieporozumienie’’ i przyrzekli obdarzać się uczuciami wyłącznie w środku domu.

reklama

W następne jesienie mieliśmy kolejno a to nocne występy ukraińskiego chóru ludowego, a to zjazd motocyklistów ze striptizem przy oczku wodnym, a nawet harcerskie ognisko z pieśniami młodzieżowymi, trwające do piątej rano. Wszyscy ci opiekunowie rancza nazajutrz bardzo się dziwili, że przeszkadzają nam odgłosy ich stróżowania. Byli przekonani, że są w „leśnej głuszy”, bo domy wśród drzew ledwo widać… Rok temu po północy obudził nas dzwonek do bramy – oparty o furtkę stał dobrze zamarynowany w piwie mężczyzna z… poderżniętym gardłem!!! Głowa trzymała mu się jednak tułowia na tyle mocno, że wychrypiał, iż doznał tego uszkodzenia ciała u sąsiadów.

Zadzwoniliśmy na pogotowie. Przyjechała też policja, wezwana przez mieszkańców rancza. Domu pilnowali tym razem starsi państwo. Zeznali, że z godzinę temu obudził ich hałas w salonie. Zastali tam osobnika, który utrzymywał, że jest tu ogrodnikiem, zna dom i psy, i strasznie go suszy, więc wpadł pożyczyć flaszkę. Wie, gdzie jest, więc sobie weźmie i pójdzie. Starszy pan – były wojskowy – z pomocą żony przegonił jednak intruza. Pod płotem czekał na niego inny spragniony. Nieudana misja kumpla tak go rozsierdziła, że użył kozika… Tej jesieni postanowiliśmy wyjechać i my. Problem tylko, kogo zostawić z naszym dobytkiem w tej leśnej głuszy.


Teresa Jaskierny
Fot. Andrzej Szeliński

reklama

Zobacz również