Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Komu potrzebna słota

Listopad bez deszczu to najgorszy scenariusz z możliwych. Teraz na dworze powinno być mokro i płaczliwie.
 
 
Listopadowy ogród zawsze najprzyjemniej podziwiać po drugiej stronie okna, bo na zewnątrz wszystko mokre i zimne. Na samą myśl o wyjściu i pracy w ogrodzie dreszcz przebiega po plecach. Ale to mokre zimno musi być roślinom do czegoś potrzebne…
 
Można powiedzieć, że nawet niezbędne. Ogród układa się właśnie do snu. Jego łóżko nie pachnie świeżą pościelą, nie jest ciepłe i suche. Listopad bez deszczu to najgorszy scenariusz z możliwych. Teraz na dworze powinno być mokro i płaczliwie. Jeśli nie pada, a na dodatek przyjdzie mroźna, bezśnieżna zima, to wiosną może się okazać, że wiele roślin takiej próby nie wytrzymało. 
 
Niezależnie od tego, czy kapuśniaczek leci z nieba, warto dodatkowo podlewać najbardziej wrażliwe rośliny ogrodowe. Pierwsze kroki kierujemy do wszystkich liściastych krzewów zimozielonych. Obficie lejemy wodę zwłaszcza pod różaneczniki, laurowiśnie, a także kaliny sztywnolistne i niektóre gatunki berberysów. W ramach listopadowych przygotowań do zimy zawsze pomaga im co najmniej konewka deszczówki. Raz na tydzień wystarczy. Niektórzy zalecają, by podlewać nawet mimo padającego deszczu, ponieważ listopadowe mżawki niespecjalnie hojnie obdarowują wodą. Towarzyszą im wiatry sprzyjające parowaniu, więc trudno się dziwić, że w glebie niewiele z tej zupki zostaje. Podlewamy zatem rośliny do czasu nadejścia zimy i podczas odwilży, bo woda jest teraz dla krzewów towarem deficytowym. Cały czas oddychają, a śniegu i lodu przecież nie wykorzystają.
 
Spragnione są też iglaki. Najbardziej młode, które nie sięgają jeszcze głęboko korzeniami. Starsze radzą sobie lepiej. Podobne potrzeby mają również wszystkie zimujące na dworze rośliny uprawiane w pojemnikach. Powinny już być osłonięte, ale o podlewaniu warto pamiętać i w zimowym opakowaniu donic zostawić szparę, przez którą dotrzemy z konewką. I nie zrażamy się przymrozkami, kończymy z pojeniem ogrodu dopiero wtedy, gdy mróz trzyma także w dzień, a ziemia zamarznie na kość.
 
Jesienne podlewanie ma jeszcze inny cel – w czasie suchej pogody rośliny mogą zrzucać lub zasuszać pąki kwiatowe przygotowane na przyjście wiosny. Dotyczy to nie tylko pięknych różaneczników, ale i mnóstwa innych gatunków drzew i krzewów kwitnących wiosną. Typowym przykładem są magnolie, które już czekają w blokach startowych na kwiecień, lecz susza może im pokrzyżować plany i sprawić, że wcale nie będzie tak kolorowo, jak byśmy oczekiwali. Szczególnie wrażliwe są wszystkie młode rośliny, niedostatecznie ukorzenione, a także drzewa i krzewy, które korzystają z dobrodziejstw automatycznego podlewania. One nie są przyzwyczajone do ciężkich czasów. A my wodę mamy w ogrodzie zakręconą i nieszczęście gotowe.
 
Tyle możemy zrobić, by zaradzić kaprysom listopada i zimy. Ale na koniec poradzę jeszcze, by patrząc na ogródek zza szyb ciepłego mieszkania, życzyć mu śnieżnej zimy. Jeśli na czas mrozów wszystko przykryje gruba warstwa białego puchu, wtedy trudno o lepsze zabezpieczenie przed zimnem. Pod taką pierzyną rośliny spokojnie przedrzemią do wiosny. 
 
Wystawcie poidełka dla ptaków!
 
Teraz jeszcze mają gdzie się napić, ale gdy mróz ściśnie, wtedy ogrodowe oczka i jeziorka skuje lód. Karmników i jedzenia znajdą dużo, ale czy będą mogły po jedzeniu zaspokoić pragnienie? Ze wszystkimi poidłami kłopot jest taki, że w czasie mroźnej pogody woda szybko w nich zamarza, ale jeśli poszukacie dla nich słonecznego miejsca i będziecie regularnie dolewać wodę, wówczas bardzo ułatwicie życie skrzydlatym sąsiadom.
 
• Liście, które przezimują, kompostujemy lub czekamy, aż wyschną na słońcu. Wiosną rozcieramy je na proszek. Taki puder jest świetnym dodatkiem 
do ziemi doniczkowej. Można go również mieszać z podłożem do wysiewu i do rozsady.
•Dęby i buki mają ciekawy zwyczaj. Zostawiają na gałęziach uschnięte liście. To pozostałość z ery trzeciorzędowej, gdy klimat na terenie dzisiejszej Polski był znacznie cieplejszy. Drzewa te najpewniej nie zrzucały wtedy liści. Dziś rośliny, zwłaszcza młode, też niechętnie się ich pozbywają. Czekają z tym często aż do wiosny.
•Dębowe liście, którym przyczepiono łatkę nienadających się do kompostowania, można jednak przerobić. To prawda, że dużo w nich garbników, ale przecież 
i tak miesza się je w kompostach z innymi liśćmi.
•Warstwa liści zawsze dobrze chroni przed mrozem, a najbardziej doceniają tę osłonę ogrodowe magnolie. Ich zimowy problem polega na tym, że mają bardzo delikatne, mięsiste korzenie. Zwłaszcza u młodych sadzonek zimą może się źle dziać. Ich korzenie są naprawdę bardzo wrażliwe. Jeśli podmarzną i zaczną 
gnić, to takich roślin nic nie uratuje. Na szczęście mamy liście, które z uporem wygrabiamy z trawników. Możemy je rozsypywać pod magnoliami, zabezpieczając tylko czymś od góry, by wiatr ich nie porwał. Nie musimy się bać nawet siarczystych mrozów. Korzeniom nic nie zagrozi pod 30-, 40-centymetrową warstwą tego, co spadło z klonów, brzóz i lip.
•Przypomnę jeszcze o jesiennym czyszczeniu rynien (gdy liście i igliwie zamarzną, pod ich ciężarem może się nawet urwać rynna) i wyrzuceniu wszystkiego, co tam znajdziemy, na pryzmę kompostową, a także o tym, że do kompostowania nadają się wszystkie liście, nawet dębowe i te z kasztanowców z zimującym szrotówkiem. Tak naprawdę to wyjątkowo bezpieczna droga utylizacji. Trzeba tylko do pryzmy dodać obornika, by wytworzyła się wysoka temperatura, która zabija szkodniki.
 
Tekst: Witold Czuksanow    
Zdjęcia: Corbis/Fotochannels, Gap Photos/East News, Flora Press, Alamy/BE&W, Shutterstock
reklama
Weranda Country nr 8/2014