Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Sposób na szparagi

Oni znaleźli sposób na szparagi. I po latach ich uprawiania nie mają ich dość! Zdjęcia: Rafał Lipski  
 
 

Czy po 30 latach lubicie jeszcze szparagi? Jola i Ludwik Majlertowie odpowiadają ze śmiechem: – Pewnie. Czekamy na nie całą zimę.


Jakie smakują im najbardziej? Wszystkie. I białe, i zielone. Ludwik: – Ja jem na surowo, po prostu łamię i chrupię. Nie mam w sezonie czasu zejść z pola i przyjść do domu na obiad. Jola: – A ja najbardziej lubię zielone pieczone w piekarniku. Skrapiam je wcześniej trochę oliwą. Albo gotuję w wodzie z solą i cukrem i podaję polane bułką tartą na maśle. Z białych robi zupę krem, w której pływają same łebki. U siostry Ludwika, Magdy, króluje inna zupa, też z białych szparagów, ale z kluskami lanymi i koperkiem. Amatorką szparagów jest nawet suka Fela, wielki leonberger. Jada je, tak jak pan, na surowo. Jola: – Gdy idę z nią na spacer, próbuje mnie zaraz ciągnąć na pole, żeby coś skubnąć.

Szparagi Majlertowie uprawiają od ponad stu lat. Pradziadek Wilhelm, pisany jeszcze Maylert, kupił folwark Marcelin i najpierw miał gospodarstwo mleczne. 120 lat temu wpadł na taki sam pomysł, jak dziś twórcy sklepów wysyłkowych ze zdrową żywnością w stylu „paczka od rolnika” – chciał pominąć pośredników. – To on dostarczał pierwsze butelkowane mleko dla Warszawy – opowiada Ludwik. – Potem założył plantację szparagów. Jadano je nawet w Petersburgu.

reklama

Jego syn też był świetnym ogrodnikiem, śledził nowinki. Poza szparagami miał sady, maliny i rabarbar. Ludwik: – Młodzi ziemianie, którzy przygotowywali się do przejęcia majątków po rodzicach, mieli u dziadka Zdzisława praktyki. Nigdy nie podnosił głosu, a podobno bali się go jak ognia. Musieli prowadzić dzienniczki, a on po nocach to wszystko czytał. Jola: – Do dziś w rodzinie krąży anegdota, że gdy jakiś student wyprowadził dziadka z równowagi, zrugał go w swoim stylu: „Ach, ty... fujareczko!”.

Ludwik odziedziczył gospodarstwo po ojcu, Janie, na początku lat 80. Zaprzyjaźnieni restauratorzy wiedzą, że u Majlertów zawsze kupią szparagi świeżutkie, prosto z pola, ale kiedyś nie było tak różowo. – Moja mama, lekarka w Instytucie Matki i Dziecka, woziła po kilka pęczków do delikatesów – wspomina Ludwik. – Nie było na nie mody. Dlatego ja z dzieciństwa lepiej od szparagów pamiętam pola kapusty – śmieje się. – A ja łany kwiatów – opowiada Jola. Bo gdy poznała Ludwika i sprowadziła się ze Śląska do Białołęki, gospodarstwo znane było z nasion warzyw. – Kolorowe, pachnące pola kwitnącej cebuli i kopru wyglądały bajkowo. Wszystko buczało od pszczół i trzmieli, aż strach było podejść. Ludwik: – Raz do roku się to zbierało, suszyło i wiozło do centrali nasiennej.

Przy okazji nasion wyszedł im przebój. Z uprawianych na pestki pomidorów zostawał przecież pyszny miąższ. Przecieraczka pracowała więc na okrągło, a ludzie w kanistry tankowali sok. Teraz pomidorów już nie mają, ale kupują od rodziny, która gospodaruje za miedzą na Rysinach.
 

Weranda Country nr 4/2013