Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Rybka prosto z jeziora

Szczupak z zieleniną Szczupak doskonale smakuje z chrzanem lub sosem tatarskim i pieczonymi ziemniakami.
 
 


Wyprawy na ryby pamiętam z dzieciństwa. Wszystkie wakacje spędzaliśmy nad Wigrami, bo tam były najlepsze szczupaki i węgorze. 

Tata miał ulubione miejsca, w których o świcie spotykał co najwyżej bobry – jakieś podwodne górki przy Zatoce Słupiańskiej, jakieś doły nieopodal Czerwonego Klasztoru, jakieś szuwary w okolicy Bryzgla i starej bindugi. Wybierał urlopowe dwa tygodnie zgodnie ze sprzyjającymi wędkarzom fazami księżyca: 8 dni nowiu (wiadomo, węgorze!) i 7 pierwszej kwadry (cała reszta).

Już kilka tygodni przed wyjazdem zaczynały się przygotowania – przegląd spinningów, smarowanie kołowrotków, żeby terkot nie płoszył ryb, wybieranie przyponów, błystek, spławików. Potem tata z sadzykiem, latarką i saperką biegał po nocy przed blokiem i łapał tłuste rosówki, najlepszą przynętę na węgorze. Z domu, poza nielicznymi ubraniami i naszą jamniczką, jechały z nami na urlop wojskowy ponton kupiony od jakiegoś rosyjskojęzycznego wojaka za pół litra, i wiosła. Musieliśmy wyglądać dość komicznie, gdy wlekliśmy się naszym wypchanym do granic możliwości maluchem te 300 kilometrów. Przymusowe postoje robiliśmy nie na nasze siusiu, ale po to, by przewietrzyć drogocenne robaki.

reklama

Następnego dnia bladym świtem tata był już na wodzie. Przynosił wspaniałe szczupaki. Pamiętam też olbrzymiego okonia – z którym stoczył prawdziwą walkę na jeziorze. Okoń wreszcie uległ, ale złamał szczyt spinningu. Kiedy tata nałowił węgorzy, mama, która się tych czarnych węży strasznie brzydziła, nie spała całą noc, bo bała się, że wylezą z kubła. Ale potem robiła z nich rewelacyjne danie w zalewie octowej – gwóźdź programu jesiennych i zimowych imprez.

Pamiętam też radosne wrzaski taty, którymi o 5 rano obudził sąsiadów z kempingu, gdy na podrywkę, ot tak, z pomostu, złapał olbrzymiego leszcza wielkości wiosła. Powroty z wakacji różniły się tym od wyjazdów, że zamiast sadzyka z robakami jechały słoje ryb i grzybów. Dla rodziny – obowiązkowo – świeżutkie szczupaki, zasolone i zawinięte w liście chrzanu albo pokrzywy. Rybę życia tata spotkał jednak na Pojezierzu Drawskim. Z przejęcia dostał gorączki. Opowiadał potem, że pysk widział po jednej stronie łodzi, a ogon po drugiej. Do smażenia nie doszło, bo olbrzym pobawił się trochę, pociągnął tatę parę minut po jeziorze, a potem przegryzł wolframowy przypon i na pożegnanie pomachał płetwami. Rodzice wynieśli się z Warszawy nad starorzecze Bugu. O tej porze roku na błyszczących rozlewiskach gniazdują łabędzie i czaple. Tata pływa sobie i przez lornetkę podgląda ptaki albo bobry. Czasy wielkich polowań ma już za sobą. Mówi, że większą frajdę sprawiają mu bezkrwawe łowy. Ale bywa, że zabiera ze sobą wędzisko, a wtedy mama zaprasza nas na soczystego szczupaka z patelni.

Nie ma to jak rybka prosto z jeziora!
 

Weranda Country nr 4/2009