Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Pejzaż z kapliczką

Pejzaż z kapliczką
 
 


Matki Boskie, Chrystusiki, Nepomucki w przydrożnych kapliczkach miały odwracać zły los. Dziś wiedzie im się nie najlepiej. I my możemy to zmienić.

Jest sierpniowy poranek. Opadają mgły. Jadę skrótami przez las do pracy. Na skrzypiącej Ukrainie mija mnie staruszek. Zatrzymuje się przy kapliczce w Czarnej Strudze. Klęka. Scena, jakby kompletnie z innego świata: mgły, krzyż, modlący się tak po prostu na rozstaju dróg człowiek. Gdy wracam, wokół kapliczki trawa przycięta, a w dzbanku świeże kwiaty, nie jakieś plastiki. Od tamtej pory zawsze rano wypatruję pana na skrzypiącej Ukrainie, ale nic dwa razy się nie zdarza.

Skąd brały się kapliczki? Stawiano je na pamiątkę w miejscach powstańczych mogił, żeby odwrócić zły los, gdy zmarło dziecko, przyszła zaraza albo powódź. Albo żeby wybłagać łaski, podziękować za uzdrowienie. Wyrastały przy domach, na krańcach wsi, na rozstajach dróg, przy traktach oddzielających pola i lasy. Ludzie przechodzili obok nich, ściągając z głów czapki i żegnając się. Kapliczkom należał się szacunek. Jeśli ktoś go nie okazywał, marny jego los. Do dziś na Białorusi czy Wileńszczyźnie opowiada się ponure historie o tym, jak pewien człowiek chciał zniszczyć kapliczkę, podjechał do niej traktorem, zarzucił pętlę na figurę Maryi i zwalił ją na ziemię. Jakiś czas później sam zaplątał się w taką pętlę, traktor go pociągnął i chłop zakończył żywot. Albo inna opowieść: bezbożnik postanowił rozjechać kapliczkę. Ale ziemia się rozstąpiła i po kierowcy, jego traktorze i kapliczce ślad zaginął.

reklama

Krzysztof i metafizyka

To już 25 lat, odkąd Krzysztof Hejke, fotograf, jest pod wrażeniem kapliczek. Podczas niezliczonych podróży po Polsce śledzi je z aparatem. Co prawda nigdy nie wybiera się w drogę tylko z myślą o nich, ale zawsze przywozi co najmniej jedno zdjęcie. Największe fotograficzne żniwo zbiera na Kresach, choć tam kapliczki są „wynarodawiane”. Polski napis działa jak płachta na byka, więc zastępują go inskrypcje rosyjskie czy ukraińskie. Ale wtedy ginie duch miejsca. – Bo przecież tu nie chodzi tylko o lepszą czy gorszą architekturę, lecz i treść. Są na nich wypisane dobre myśli i ludzkie nadzieje – tłumaczy.

Jeszcze do niedawna robił zdjęcia tylko wybranych: ładnych albo z ciekawą historią. Jak te w Bieszczadach, gdzie kiedyś była wieś, potem ludzi wysiedlono, domy się rozpadły i został samotny święty w polu. – Długo opierałem się przed fotografowaniem koszmarków, nawet wiekowych, w których figurki wyglądają bardziej na diabły niż świętych. Teraz koniec z cenzurą, bo tych urodziwych jest coraz mniej.

Krzysztof opowiada, że kiedyś kapliczki były jak dom kultury. Ludzie przychodzili tam, żeby się spotkać, pogadać, na nabożeństwa. Dziś zazwyczaj można zobaczyć jedynie garstkę staruszek i gromadkę dzieci, które babcie zaciągnęły na siłę.

Raz natknął się w górach na ludowego artystę, który kończył właśnie robić kapliczkę: Jezusa cierpiącego na krzyżu. – Przyglądałem się, jak ją stawiał. Szedł z żoną w dwuosobowej procesji – on niósł krzyż, ona figurę pod pachą. Czułem się, jakbym brał udział w scenie z filmu Jana Jakuba Kolskiego. Czysta metafizyka.

Krzysztof świątki nie tylko fotografuje. Kilka lat temu z gdańską fundacją Pro Arte Sacra urządzili na Mazurach plener, podczas którego kilkanaście osób robiło własne kapliczki. On postawił wtedy kamienną, intencyjną. Dymną. Z polnych kamieni ułożył czterometrowy obelisk z paleniskiem na dole. Trzeba wypowiedzieć życzenie i zapalić ogień. Jeśli dym leci prosto, to znak, że życzenie zostało przyjęte. – Sam nigdy nie próbowałem – śmieje się. – Nie mam potrzeby. Zresztą w środku zrobiła sobie gniazdo kawka, nie miałbym sumienia jej wykurzać. Ale kapliczka dość nieoczekiwanie pełni teraz inną rolę – znajomi himalaiści śmieją się, że to jedyne miejsce wspinaczkowe w okolicach wielkich jezior. Podobno nawet trudne. Mój syn wspina się na nią co roku.
 

Weranda Country nr 5/2012