Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Dzień Kobiet

Dzień Kobiet
 
 


8 marca dobitnie pokazał, jakie są efekty mieszania świąt z polityką. Ustanowiony z pomysłu Socjalistycznej Partii Ameryki w 1910 roku Dzień Kobiet miał być orężem w walce o prawa płci pięknej i pamiątką ofiar walki o równouprawnienie.

Sprawa była śmiertelnie poważna – pamiętajmy, że w tamtych czasach ogromna większość Europejek nie miała nawet prawa głosować (w Niemczech, Rosji i Polsce przyznano im je w 1918 roku, ale np. we Francji dopiero w 1944!). Po kilku latach Dzień kobiet „przeskoczył” do Rosji za sprawą powracającej z amerykańskiego wygnania bolszewickiej feministki Aleksandry Kołłontaj. Za jej namową Lenin ustanowił go co prawda oficjalnym świętem, ale nie dniem wolnym od pracy.

reklama

Jednak do ostatecznego zaanektowania tego feministycznego święta przez politykę doszło dopiero w 1965 roku. Wtedy bowiem Prezydium ZSRR ustanowiło Międzynarodowy Dzień Kobiet takim, jakim go znamy z czasów PRL-u. Zamiast walki o prawa kobiet – „upamiętnienie zasług kobiet sowieckich w konstrukcji komunizmu”, zamiast pamięci o bohaterkach ruchu feministycznego – docenianie wkładu kobiet w „walkę o pokój”.

Od tej pory święto zaczęło staczać się po równi pochyłej. Wzniosłe ideały nie wytrzymały starcia z nachalną polityczną propagandą i ewakuowały się tylnym wyjściem. Dzień Kobiet zamienił się w szopkę, w której główną rolę odgrywały rajstopy i wymiętolone kwiecie (najpierw goździk, potem modne stały się tulipany) wtykane nie mającym czasu oderwać się od prania i sprzątania paniom przez uczciwie świętujących i z tego powodu od rana miło podchmielonych panów.

Na szczęście rzeczona szopka wykopyrtnęła się razem z dinozaurem zwanym ZSRR i dziś święto powoli wraca do siebie dzięki „manifom” – kolorowym demonstracjom kobiet, którym nie zamydli oczu nawet bukiet ze stu róż.


Tekst: Weronika Kowalkowska
Fotografie: Stockfood/Free

Weranda Country nr 2/2009