Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Walka karnawału z postem

Korowód parodiujący orszak weselny Od 22 do 24 lutego odbywały się korowody parodiujące orszak weselny z jak najstarszą i jak najjaskrawiej wypacykowaną "panną młodą" na czele.
 
 


Proszę Państwa, kiedyś to się świętowało! Z polotem, fantazją, a na dodatek w szczytnych celach. W ostatnim tygodniu karnawału panował regularny terror imprezowy – hulano bez opamiętania i odpoczynku.

Święta wyznaczały kolejne etapy roku, posty przeplatały się z okresami hulanek i uczt, święci odbierali hołdy za opiekę nad człowiekiem i jego dobytkiem. Świat był pełen magii. Dziś dawne zwyczaje odchodzą w zapomnienie, świętujemy jakoś tak beznamiętnie, jakby z przyzwyczajenia. Czas najwyższy na małą powtórkę z polskich tradycji. Pora ku temu idealna – przełom zimy i wiosny to czas starcia postu z karnawałem, religijnej zadumy ze swawolami z piekła rodem.

Gromniczna

Matki Boskiej Gromnicznej (2 lutego), czyli ostateczny koniec świętowania Bożego Narodzenia. Tego dnia kolędnicy wychodzili na ostatni „obchód”, a z kościołów znikały szopki i żłóbki. Jeszcze jedna „Cicha noc”, ostatnie „Lulajże Jezuniu” i koniec – żadnych kolęd aż do grudnia. To ustanowione w IV wieku w Jerozolimie święto, upamiętniające ofiarowanie Jezusa w świątyni oraz oczyszczenie Maryi Panny (w czterdzieści dni po połogu), w Polsce przybrało bardziej swojską formę i nazwę. Legenda mówi, że tego dnia Matka Boska spaceruje po zaśnieżonych lasach i polach, chroniąc oziminy przed wymarznięciem, wskazując drogę zagubionym i broniąc ich przed wilkami, które obłaskawia jednym spojrzeniem. Za to wierni, jak jeden mąż, maszerują do kościoła, aby pobłogosławić grube woskowe świece – gromnice.

reklama

Obok wzniosłej symboliki – Chrystus to „światłość świata”, więc płomień świecy jest jego znakiem – liczyły się względy praktyczne. Zapalona gromnica bowiem była dobra na wszystko: chroniła domostwo przed uderzeniem pioruna (stąd nazwa), pożarem, wichurą i gradobiciem, zapobiegała chorobom skóry, zapaleniu ucha, bólowi gardła i zębów. To nie koniec. Uważna obserwacja palącej się świecy dostarczała więcej informacji pogodowych niż współczesne serwisy meteorologiczne. Skwierczący płomień wróżył częste burze latem, a kapiący obficie wosk – długą, mroźną zimę pełną śnieżyc. Czyżby to właśnie zastąpienie wosku „niekapiącą” stearyną sprawiło, że zamiast zim z prawdziwego zdarzenia mamy teraz trwający prawie pół roku błotnisty listopad?

Comber
Tłusty czwartek, czyli pączkowe obżarstwo w ostatni czwartek karnawału. Ten przyjemny, acz wpędzający w poczucie winy zwyczaj wywodzi się jeszcze z czasów Imperium Rzymskiego, choć pączki, którymi raczyli się pobratymcy Juliusza Cezara, różniły się diametralnie od współczesnych. Bo jak tu porównywać twarde, nadziewane słoniną kulki z chlebowego ciasta do rozpływających się w ustach frykasów pełnych różanej konfitury? Takie „nowoczesne” pączki przywędrowały do Polski przed XVII wiekiem, najprawdopodobniej prosto z Turcji. Ale w ostatni czwartek karnawału raczono się nie tylko nimi.

Tego dnia podstawowym kryterium dopuszczającym potrawę na stół była zawartość tłuszczu. Królowała pływająca w sosach dziczyzna, pieczone kapłony, całe kilometry kiełbas i tony pasztetów, a na wsi kopy kaszy ze słoniną. Deser nie dawał wytchnienia. Ledwo dychających z przejedzenia biesiadników faszerowano wyżej wymienionymi pączkami, faworkami, blinami, racuchami i pampuchami – tłustymi i słodkimi jak nieboskie stworzenie. Na cud zakrawa fakt, że po tych wszystkich ekscesach panie miały jeszcze siłę zbierać się na tak zwane babskie combry.

Najbardziej imponujący przebieg miał comber krakowskich przekupek, obchodzony podobno na pamiątkę pewnego krakowskiego wójta (o nazwisku Comber właśnie), który całe życie prześladował handlarki i którego śmierć dała im powód do hucznych celebracji (powtarzanych od XVII wieku do roku 1846, kiedy to wszedł w życie oficjalny zakaz zdegustowanego tymi feministycznymi wybrykami cesarza). Rozbawione kobitki stosowały odpowiedzialność zbiorową i brały srogi odwet na mężczyznach. Maszerowały na rynek w szyku wojskowym, pod wodzą „marszałka”, popijając dla kurażu gorzałkę i wymachując kukłą symbolizującą Combra. Następnie rozbiegały się po mieście, siejąc panikę wśród płci brzydkiej. Kawalerów zaprzęgały do kłody, szacownych obywateli stroiły w słomiane wieńce i zmuszały do nieprzyzwoitych pląsów. Wykupić się z tej niewoli można było gotówką lub całusami. Nie raz zdarzało się, że skąpiący grosza delikwent, podszczypywany i popychany przez imprezowiczki, tańcował, aż padł z wyczerpania!

Weranda Country nr 2/2009

Zobacz również: