Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Alpakarium w Rudce – z wizytą w agroturystyce i hodowli alpak na Podlasiu

Zdjęcie 12/17
 
 
Miało być spokojnie. Domek pod lasem, emerytura, odpoczynek. Ale Kasi i Wiesława Raczyńskich przekora losu nie opuszczała nigdy. Dostali do uratowania stary dom, a do szczęścia – trzydzieści rozbrykanych alpak.
 

Alpakarium w Rudce 

 
Kiedy uchylają się drzwi do stajni, wszystkie zamierają w bezruchu. Wyciągnięte w górę szyje i trzydzieści par czujnych oczu. Dopiero rozpoznając Kasię i Wiesława, alpaki zaczynają cichutko pomrukiwać. Te odważniejsze węszą już za jakimś smakołykiem. Po chwili wszystkie szczęśliwe ganiają po śniegu, w nosie mając nasze polskie mrozy. W końcu na chilijskim płaskowyżu Altiplano, z którego pochodzą, temperatury też potrafią nieźle dać w kość. Na tle łagodnych pagórków podlaskiej wsi alpaki wyglądają przedziwnie, ale z drugiej strony trudno o bardziej sielankowy obrazek. – W życiu bym nie pomyślała, że to się tak potoczy – przyznaje Kasia. 
 
Nie marzyli o pensjonacie. Nie planowali zakładać hodowli. Szykowali się już raczej na emeryturę. Przez całe życie pracowali na wysokich obrotach. Mieli firmę, Kasia dodatkowo uczyła w szkole. Jakby tego było mało, w podwarszawskim Legionowie prowadzili kawiarnię. I bardziej niż za nową przygodą rozglądali za miejscem, gdzie będą mogli spokojnie osiąść na starość. Ale któregoś dnia do Kasi zadzwoniła bratowa. – Znalazłam ci dworek! – rzuciła. – Duży, drewniany, taki jak chciałaś. Już nawet tam dzwoniłam. Jedź i oglądaj. Pojechali. 
 
Oboje są z Podlasia, ale o Rudce słyszeli pierwszy raz. Wijącą się wśród pól drogę do wsi trudno wytropić. Dom ma dobre sto lat, ale był podniszczony i wyglądał na więcej. Wykończone były raptem trzy pomieszczenia. W salonie pod sufitem wisiały jeszcze kolorowe bibułki, pamiętające czasy, kiedy z braku wiejskiej remizy organizowano tu wszystkie chrzciny i wesela. Teraz zamiast podłóg pod nogami skrzypiały porozrzucane deski. Z dachu lała się woda. Tuż pod oknami rosło żyto. Wokół żadnego drzewka, krzaczka, kwiatka. Wszystko to w niczym nie przypominało domu z ich marzeń. Wypili kawę, chwilę porozmawiali i wrócili do siebie.

A jednak myśl o tym domu nie opuszczała ich przez długie tygodnie. Kiedy po jakimś czasie znowu zajrzeli do Rudki, na wszystko patrzyli życzliwiej. Za kolejnym razem zaczęło im zależeć. Najwyraźniej to miejsce ich potrzebowało. Inaczej pewnie szybko obróciłoby się w ruinę. Remont zajął kilka dobrych lat. Tymczasem pole zamieniło się w zielone pastwisko. Na całym terenie posadzili kilkaset drzew i krzewów. Powoli zaczynało brakować im zajęcia. – Teraz to już szybko się zestarzejemy – przestraszyła się Kasia, kiedy któregoś spokojnego wieczoru siedzieli sami w kuchni. Czuli, że chyba właśnie przyszedł czas na kolejną przygodę.
 
 
Gdzie jeszcze spotkacie alpaki w polsce? Przeczytajcie na stronie werandaweekend.pl
 
 
AGROTURYSTYKA I HODOWLA ALPAK NA PODLASIU
 
Początkowo padło na daniele, ale plan porzucili, kiedy odwiedzili hodowlę, a tuż obok zobaczyli należącą do niej ubojnię. Tak by nie chcieli. Na alpaki trafili dzięki artykułowi w gazecie. Hodowla nie wiązała się z zabijaniem (co najwyżej – strzyżeniem), a same zwierzęta jednoznacznie kojarzyły się z łagodnością i ciepłem. Kasia chciała kupić kilka (alpaki są dość kosztowne), ale Wiesław, który zawsze miał żyłkę do biznesu, powiedział, że jeśli mają już brać, to kilkanaście. Zaryzykowali. Wybierali nie jak prawdziwi hodowcy, ale kierując się sercem. Patrzyli, która ma ładny pyszczek, śmieszną grzywkę; która stoi w kącie i pewnie czuje się bardziej samotna. Do domu przywieźli ich piętnaście. Nagle znów zrobiło się dużo pracy.
 
reklama


Choć w Polsce nie byli pierwszymi hodowcami, i tak czuli się jakby przecierali szlaki. Wszystkiego musieli nauczyć się sami. Od obcinania pazurów czy sprawnego zaganiania stada do stajni po odbieranie porodów. Stado powoli się powiększało. Z czasem zaczęły też dołączać alpaki starannie wybierane pod kątem wysokiej jakości włókna.

Ludzie zaczęli pojawiać się sami. Właściwie wystarczyło wrzucić do internetu jedno rozczulające zdjęcie – alpaki mają już taką moc! Zdarzało się, że aby chwilę z nimi posiedzieć, goście potrafili przejechać nawet 600 km ze Szczecina. Pytania o nocleg padały prawie za każdym razem. Z czasem ulegli. Znów trzeba było zakasać rękawy i wziąć się do pracy. Obok domu otworzyli kameralny pensjonat. Cztery pokoje. Za oknami las. Nie nastawiali się na zysk, chcieli raczej zapewnić gościom komfort i spokój. Zaprojektowali proste jasne wnętrza. Dodali trochę starych mebli, tu i tam nieco własnych pamiątek.

W pierwszym sezonie odwiedziło ich ponad 300 osób. – To było szaleństwo – wspomina Kasia, która odtąd poza zajmowaniem się drugim domem zaczęła dla gości gotować. O jej szlachtycze (pyszne, regionalne pierogi na drożdżach) pytali często zaraz po przyjeździe. Jadalnię urządzili na dużym przeszklonym ganku starego domu. Zawiesili neon z dawnej kawiarni. 

Dom znów tętni życiem. O spokojnej starości raczej nie ma mowy. Zresztą – w natłoku spraw – kto jeszcze o niej pamięta? Po roku działalności pensjonatu córka gospodarzy, Agata, zdecydowała się zostawić dla Alpakarium pracę w Meksyku i przenieść całe swoje życie do Rudki. Ale Kasia i Wiesiek po cichu liczą na więcej. Przecież mają jeszcze drugą córkę Magdę i wnuczkę, a dom jest naprawdę duży. W końcu gdyby mieli to robić tylko dla siebie, pewnie nigdy by się na to wszystko nie zdecydowali.
 
Kontakt do Alpakarium na Podlasiu: www.alpakarium.net 
Rudka 13, 08-205 Stara Kornica
 
 
Tekst, zdjęcia i stylizacja: Artur Kot 
 
Weranda Country nr 2/2019