Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Uniwersytet ludowy w Woli Sękowej

Uniwersytet ludowy w Woli Skękowej działa dzięki uporowi dwóch kobiet: Moniki Wolańskiej i Beaty Woroniec. Zdjęcia: Przemysław Nieciecki  
 
 

Kiedyś przyjechał tu pan, który chciał zostać ceramikiem. Ale odkrył, że ma talent do dziergania koronek.

Pierwsze koszyki
Raz, dwa, trzy, cztery – dziewczyny ze śmiechem liczą wierzbowe witki, z których zaplatają swoje pierwsze w życiu koszyki. Wybiegły na podwórko poszukać instruktorki. Bo choć zajęcia jeszcze się nie zaczęły, one nie mogą się doczekać, chcą wiedzieć, czy mają wiklinę już moczyć w wodzie i czy uda im się dziś skończyć. Są takie dumne! – Moczcie, startujemy za 15 minut – mówi Katarzyna Onacko, mistrzyni plecionkarstwa. Wygląda jak gwiazda rocka przed koncertem. Nosi długi czarny fartuch, ma czarne ekstrawagancko obcięte włosy. Zajęcia są na końcu korytarza w sali ze stołami stolarskimi. Na półkach leżą ciasno upakowane kolorowe kafelki, drewniane misy, kubki przygotowane do malowania, rzeźby z gliny i drewna, koniki ze słomy, deski z niedokończonymi ikonami. To prace uczniów z innych warsztatów.

Za drzwiami obok trwa lekcja haftu. Na płótnie zamkniętym w tamborkach zakwitają kwiatki – takie, jakie zdobią poduszki i serwetki w skansenie w Sanoku. Pani Maria Suwała, która mogłaby być babcią swoich uczennic, poznała te wzory dzięki mamie – hafciarce i koronczarce.

W trzeciej sali wszyscy w skupieniu nawlekają kolorowe koraliki na żyłki rozpięte na niewielkich drewnianych krosnach. Za kilka godzin misterna konstrukcja zamieni się w bransoletki z łemkowskim wzorem.



Raz pachnie terpentyną, raz mydłem
Tak wygląda typowy weekend na Uniwersytecie Ludowym Rzemiosła Artystycznego w Woli Sękowej na obrzeżach Beskidu Niskiego. Prowadząca warsztaty karpackiej biżuterii koralikowej Ewelina Matusiak-Wyderka ukończyła kurs rękodzieła kilka lat temu, jeszcze w poprzedniej siedzibie, we Wzdowie. – Nauczyłam się tkać, wyplatać z wikliny, dziergać koronki – opowiada. – Nigdy wcześniej ani później nie poznałam tak wielu rzeczy w tak krótkim czasie. To wytyczyło moje dalsze ścieżki.

– Zwykle pachnie u nas terpentyną, farbami, utrwalaczem. Dlatego lubię warsztaty robienia mydła, bo aromat kwiatów i ziół zostaje na kilka dni i kiedy zamknie się oczy, można się poczuć jak w luksusowym spa – mówi Monika Wolańska.

Trudne początki
Na uniwersytet, jeszcze gdy był we Wzdowie, trafiła przypadkiem. Opowiedziała jej o nim koleżanka spotkana na ulicy, akurat wtedy, kiedy Monika zastanawiała się, co zrobić ze swoim życiem. – Pamiętam,  że powiedziała mi, że trafię do najwspanialszej szkoły na świecie – wspomina Monika. – Szybko przekonałam się, że miała rację. Dziś prowadzi uniwersytet z Beatą Woroniec. Obie są instruktorkami sztuki. Kiedy zamknięto uniwersytet we Wzdowie, postanowiły poszukać nowego miejsca. Dostały od gminy budynek, w którym przed wojną mieściła się szkoła, zdobyły pieniądze na remont i zaczęły organizować warsztaty.

– Chwilami było trudno, musiałyśmy zastanawiać się, czy kupić bilet na autobus, żeby załatwić jakąś sprawę w urzędzie, czy coś do jedzenia – wspomina Beata. – W końcu robiłyśmy zakupy i jechałyśmy autostopem. Nie wiem, czy byśmy dały radę, gdybyśmy wiedziały, jak trudno to będzie wszystko zorganizować.

Nowy pomysł na siebie
Beata jest z Gardzienic, wsi pod Lublinem, w której w jej dzieciństwie działał podobny uniwersytet. Tata Moniki przyjechał z Togo do Polski na studia. Dorastała w podrzeszowskiej wsi i przedstawia się jako Afrokarpatka. – Uniwersytet pozwala odkryć siebie na nowo – mówi Monika. – Pamiętam pana, który przyjechał do nas, żeby zostać ceramikiem. Z góry zaznaczył jednak, że nie widzi siebie na warsztatach haftowania ani koronkarstwa, bo to zajęcia dla kobiet. A potem okazało się, że to właśnie dzierganie koronek mu się podoba i że ma do tego ogromny talent. Stwierdził, że te robótki są dla niego medytacją. Jego pracą dyplomową była duża koronka frywolitkowa, wcale niełatwa, bo robiona na specjalnym czółenku.

– Nasi uczniowie to najczęściej studenci szkół artystycznych, rękodzielnicy, nauczyciele plastyki, instruktorzy domów kultury. Jest też spora grupa osób, które mają dość pracy w korporacji i szukają pomysłu na siebie – mówi Beata Woroniec. – Są w różnym wieku, pochodzą z różnych części Polski. Staramy się tu tworzyć taką atmosferę, żeby byli dla siebie przyjaciółmi, zgodnie z ideą uniwersytetów ludowych.

Sztuka zmieniająca otoczenie
Pierwsze powstały w Danii w XIX wieku. Chodziło o to, żeby się uczyć i zajmować sztuką na wsi, w bliskim kontakcie z przyrodą, która miała być główną inspiracją. I o to, by tworzyć wspólnotę – pierwsze uniwersytety ludowe przypominały trochę hippisowskie komuny. Do prowadzących zajęcia mówiło się „wujku”, „ciociu”, jak w rodzinie. Wola Sękowa przyjęła nas ciepło, my też chcemy, żeby uniwersytet był otwarty dla sąsiadów. Kiedy organizujemy wernisaż, puszczamy do nich motyla, czyli kartkę z zaproszeniem, która wędruje od domu do domu. Stawiamy we wsi rzeźby, a w pobliskim Nowotańcu nasi artyści namalowali mural. Chcemy, żeby sztuka zmieniała nasze otoczenie.

Wola Sękowa pełna rzeźb
Przy moście siedzi drewniany wędkarz, na przystanku autobusowym czeka zapatrzony w dal mężczyzna, w drewnianą dłoń można mu wsunąć gazetę. – Ludzie tutaj lubią nasze prace, czasem ktoś pomaluje kapelusz, kiedy farbę już słabo widać, zdarza się, że jakaś rzeźba dostaje czapkę. A przecież łatwo byłoby przeciąć wędkę rybakowi, ale nikt tego nie robi – dodaje Beata. Rzeźby, które stoją w Woli Sękowej, to dzieło jej męża i innych artystów, którzy z całej Europy przyjeżdżają co roku na uniwersytet na plenery. Nowością są warsztaty zduńskie. Prowadzi je Janusz Wrzecionko, który buduje piece tradycyjną metodą z kamieni i gliny. Beata na takim piecu gotuje i ogrzewa nim dom.

Z przyrodą za pan brat
W biurze uniwersytetu jest wieczny młyn. Co chwila dzwoni ktoś w sprawie warsztatów, trzeba dać znać paniom gotującym obiady, ile powinny zrobić porcji wegetariańskich. – W mieście żyłam w wolniejszym tempie – mówi Monika. – Ale tu mam coś, czego nie da się przecenić. Wychodzę za płot i jestem w totalnym odosobnieniu, tylko ja i przyroda. Natura podpowiada kształty rzeźb czy wzory biżuterii, ale przede wszystkim daje spokój potrzebny do tworzenia. Dlatego tak wyjątkowe jest to miejsce.

Uniwersytet Ludowy Rzemiosła artystycznego przyjmuje zapisy na pojedyncze warsztaty (w lipcu m.in. mydlarskie, witrażu i koronczarskie) lub na dwuletni kurs rękodzieła ze spotkaniami raz w miesiącu. Kontakt: www.uniwlud.pl.

Tekst: Katarzyna Szczerbowska  
Zdjęcia: Przemysław Nieciecki

reklama
Weranda Country nr 7/2015