Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Utkane opowieści

Utkane opowieści
 
 


Makaty z jelonkami, grzybiarzami, sadami pełnymi owoców. Zębate stwory i pola rumianków. Tkać jak Filomena Krupowicz potrafi może kilka osób na Podlasiu.Jej geometryczne motywy przypominają inkaskie wzory na derkach i ponczach.

Liczenie i przeplatanie nitek to żmudna robota, więc coraz mniej osób się w to bawi. Nawet na Podlasiu, gdzie jeszcze niedawno w każdym domu stał kołowrotek i krosna, dziewczyny nie garną się do tkania. Jedna wnuczka pani Filomeny wyjechała za granicę, druga studiuje finanse i bankowość, trzecia jest weterynarzem. Tylko najmłodsza Marzenka czasem towarzyszy babci, ale i ona tkaczką pewnie nie będzie. – Ile to razy trzeba uderzyć krosnem, żeby taką makatkę zrobić? – uśmiecha się jej babcia. – Młodym brakuje czasu, cierpliwości.

Siedzimy w maleńkim warsztacie. Ona przy kołowrotku, bo sama przędzie nić na swoje gobeliny. – Owiec już mało, ale zawsze trochę wełny mam od rolników – opowiada. – Piorę ją, suszę, skubię i do gręplarni wiozę. A potem nić robię, o tak… Noga pracuje od niechcenia na pedale, a palce równiutko i z wyczuciem biorą po odrobinie runa z kądzieli i lekko ciągną. – Nie wolno skręcać – przestrzega pani Filomena. – Szybko się tego nauczyłam. Mama przędła, a ja z nią. Zawsze narobiłam kiełbasek i musiała poprawiać. To dlatego, że za mocno skręcałam.

reklama

Pod palcem czuć, że to inna wełna niż sklepowa. Miękka, sprężysta. Nitka idzie przez grzebyczek, żeby się równo na szpulkę nawijała. – O, tym właśnie ukłuła się śpiąca królewna – pani Filomena pokazuje dużo igiełek na wrzecionie. Kiedyś sama wełnę farbowała. Dębową korą na brąz, bylicą na żółto. – Teraz to leśniczy mandat by dał, jakby mnie zobaczył w lesie.

Kołowrotek monotonnie turkocze. Wabi kota Sonara, który często wpada, gdy tkaczka siedzi w warsztacie. – Mądry jest, miauczy, żebym go wpuściła. Jesienią można tak prząść i prząść i zapomnieć o bożym świecie.

Tkanina ma płócienny splot w dwóch kolorach; po dwie nici osnowy i wątku. Na jednej i drugiej stronie wychodzi ten sam wzór, ale innej barwy. – Każda nitka musi mieć swoją drogę – pokazuje tkaczka. Rzędy przybija się grzebieniem. Solidnie trzeba ubić. Wielka sztuka zrobić wzór bez supełków, żeby nić za nić zachodziła, gdy się szpulka kończy. – Pamiętam, jak pierwsze dwa dywany zawiozłam do Cepelii w Białymstoku. A tam akurat kontrola była, sprawdzali, czy nitki są powiązane. Ale u mnie żadnego supełka nie znaleźli. Po plecach mnie poklepali – wspomina z dumą.
 

Weranda Country nr 1/2013