Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Dom na Mazurach: proste, pełne światła wnętrza i piękne widoki

Justyna, gdyby tylko mogła, każdy dzień zaczynałaby i kończyła na tarasie. Ale nie zawsze jej się udaje, bo na działce ciągle jest coś do zrobienia – a to koszenie, a to pielenie. Zdjęcie 15/16
 
 
Stoi przy lesie, ma piękne widoki, które nie mogą się znudzić. Dookoła cisza i jelenie. Justyna sama zbudowała ten dom na Mazurach. Teraz zawsze ma tu coś do zrobienia, ale i tak jest szczęśliwa.
 
Nie rzuciłam korporacji, aby przenieść się na wieś. Ani myślę zostawiać swojej pracy, bo ją lubię. Nie szukałam latami starego gospodarstwa, ponieważ o takim nie marzyłam. Wszystko zdarzyło się przypadkiem, który okazał się szczęśliwy, choć po drodze było sporo ostrych zakrętów i jeden moment, gdy wszystko bym zostawiła, gdyby nie Basia, moja córka.
 

DOM NA GÓRCE

 
Mazury znam jak własną kieszeń, przez ostatnie dziesięć lat zjechaliśmy je wzdłuż i wszerz, spotykając cudownych ludzi, głównie dzięki pasji Basi – jeździectwu. Cieszyłam się, że podróżujemy w różne miejsca, że nie daliśmy się uwiązać jednej działce. Na urlop i w mniej lub bardziej świąteczne weekendy wskakiwaliśmy w samochód i pędziliśmy do kolejnych stadnin – ostatnio pod Mrągowo. Córka na konie, my na ryby i grzyby, na rowery, spacery. Aż pewnego dnia stadnina się zwinęła, a z nią część naszych przyjaciół. To wtedy po raz pierwszy przeszła mi przez głowę myśl: a może byśmy jednak coś kupili…
 
Zaczęliśmy się powoli rozglądać. Okolicę znaliśmy dobrze i nic nie wskazywało na to, że coś tu znajdziemy, ale podczas jednego ze spacerów zobaczyliśmy górkę pod lasem, na którą wcześniej nie zwróciliśmy uwagi, a na niej dom ze stodołą. Był skromny, mały, poniemiecki, z ładnymi widokami i tabliczką „na sprzedaż”. Pomyślałam, że to palec boży, choć zdania na ten temat w rodzinie były podzielone. Wkrótce zostałam jednak właścicielką gospodarstwa bez wody, elektryczności i łazienki. – Czemu na takim odludziu pani, nie lepiej we wsi coś kupić, gdzie da się z kim pogadać? – próbowali dociec byli już właściciele. – A może jeszcze i nasze mieszkanie w Mrągowie weźmiecie – proponowali, uznając, że takich szaleńców już więcej mogą nie spotkać.
 

duże okna i piękne widoki 

 
Pierwsze dwa lata spędzaliśmy obok domu na leżakach, pod parasolem, w hamaku – śpiąc po znajomych w okolicy albo w namiocie. Dopiero potem wzięłam się za projekt: miało być prosto, duże okna dla widoków, dużo światła – tak żeby było miło, ale żeby się nie nasprzątać. Dom i stodołę musiałam rozebrać, zostały z nich tylko cegły i dachówki. Ruszyła budowa. To szaleństwo trwało rok.

Ja w Warszawie, ekipa na miejscu – bywało, że kilka razy w tygodniu, w mróz, w deszcz, samochodem załadowanym materiałami budowlanymi po dach pędziłam na Mazury i wracałam w nocy, aby rano zdążyć do pracy. Co chwila odbierałam telefony, że coś muszę zobaczyć albo o czymś zdecydować. Więc znowu na północ. W Warszawie zresztą nie było lepiej. Ładowałam zakupy w dostawczy samochód, a gdy już nie miałam siły się ruszyć, dzwoniłam po rodzinie: – Cześć, Tomek (to bratanek)! Co robisz, nie pomógłbyś cioci? I pomagał.

Nie tupałam nogą tak mocno jak facet, więc ciągle ktoś się spóźniał, coś przeoczył, czegoś zabrakło. W końcu nie wytrzymałam. – Baśka, sprzedajemy to w cholerę – krzyknęłam do córki. – Nie dam rady. Ale jej stanowcza reakcja sprawiała, że musiałam o załamaniu zapomnieć. Do dziś nawet zabrania mi myśleć, że mogłybyśmy dom komuś na lato wynajmować. Wreszcie stanął, ale szybko się okazało, że to była dopiero połowa drogi.
 

reklama

Jak spędziłam tam pierwszą noc?

 
Jest majowy zimny weekend. Docieram na miejsce z córkami Basią i Gabrysią, a tu nie ma żadnych drzwi, nawet wejściowych, choć stolarz obiecał, że wszystko będzie gotowe. Dzwonię, majster przyjeżdża i tłumaczy, że te wejściowe wciąż się suszą. – Ale jak mamy tu spać – pytam. – Czy żonę z dziećmi też by pan tak zostawił? – wzięłam go na litość. Pomruczał coś pod nosem, zniknął na dwie godziny i wrócił z drzwiami jakby od swojej łazienki. Zamontował je w miejsce wejściowych i tak przeżyłyśmy majówkę. Siedziałyśmy w czapkach, przy świecach, nad którymi opiekałyśmy chleb. Nawet piecyków nie dało się włączyć, bo wysiadały korki.

Potem czekało nas jeszcze sprzątanie działki, a ma sześć tysięcy metrów. Ekipy zmieniały się jak obrazki w telewizorze. Jedna – dwóch rosłych młodzieńców – nawet uciekła, bo przerosło ją układanie kamieni na górce, by ją umocnić. Nie przerosło za to mojego wujka Stasia, z którym wspólnymi siłami, nie tylko zresztą ze skarpą, się rozprawiliśmy. Pomoc rodziny okazała się nieoceniona bardzo wiele razy. Mój tata na tydzień zaszył się na górce, aby rąbać drewno, dzięki czemu przez zimę miałam czym palić. Po tych kilku latach remontu znam już w Mrągowie niemal każdą wypożyczalnię sprzętu ciężkiego, każdy sklep żelazny i ogrodniczy. A w najbliższej wsi mocno zaprzyjaźniłam się z elektrykiem i hydraulikiem.
 

Co ciekawego robię na tej mojej górce?

 
Jeśli akurat nie olejuję, nie koszę, nie ścinam, to podziwiam widoki. Mam tu takie, że nawet moim psom zdarza się siedzieć przez godzinę na tarasie i patrzeć. Na lasy, pola, jezioro, wschody i zachody, mgły.
No i ciągle się czegoś uczę. Teraz próbuję sił jako ogrodniczka. Do nazw roślin pamięć mam słabą, ale za to wsparcie bardzo fachowe: jak zobaczę jakiś ciekawy zielony okaz u sąsiadów na wsi, od razu pstrykam zdjęcie, wysyłam do znajomej, ta roślinę z miejsca rozpoznaje i już wiem, co mogę próbować sadzić. Dzięki pomocy cioci Maryli łanami kwitnie lawenda, a dzięki mamie malwy i dziewanny są tak wysokie, że wszyscy z okolicy przychodzą je podziwiać. 
 
Opiekuję się też małym poniemieckim cmentarzem obok działki. Czyszczę groby i palę tam świeczki. To niezwykłe miejsce. Raz odwiedził mnie pan z Niemiec, potomek dawnych właścicieli. Gdy zobaczył wysprzątany cmentarzyk, to płakał. Do dziś mamy kontakt. 
 
Kiedyś zawieruszył się tu kozioł – samiec jelenia. Wyjeżdżając, zostawiłam mu wiadro wody i zadzwoniłam do zaprzyjaźnionego naukowca z PAN: – Co robić? – pytam. – Może poskubie trawy i pójdzie, mniej koszenia przynajmniej będzie. – Gdzie tam! Trawy nie tknie, poobjada liście z drzewek i poszuka miłości – usłyszałam. I rzeczywiście, wabił tam sarenki, siedział przez kilka tygodni i w końcu zniknął. Ale ja dzięki tej wizycie poznałam zwyczaje jeleni. 
 
W domu na górce wracam też do rzeczy dawno zarzuconych – przywiozłam maszynę i szyję, zaczęłam malować. Już rozmyślam, żeby zbudować stodołę i w niej urządzić pracownię. Czasem wpada leśniczy i przyniesie miód, czasem sąsiad we wsi zaprosi na kieliszek domowej nalewki i plotki, gdy akurat w kolejce po chleb się spotkamy. Trochę pływam, jeżdżę na rowerze, zbieram grzyby. Nic wielkiego, ot, zwyczajne życie. Ale takie lubię najbardziej.
 
Tekst: Katarzyna Sadłowska-Kittel
Styliazacja: Justyna Juszczak
Zdjęcia: Michał Mrowiec
 
 
 
Weranda Country nr 9/2018