Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Dom pod Srebrną Górą: ule i kolorowe dekoracje z pchlich targów

Kaflowy piec jest nie tylko ozdobą. Opalany drewnem ogrzewa kuchnię od pierwszych przymrozków aż do wiosny. Gospodarze od święta na nim gotują. Zdjęcie 9/19
 
 
Chyży Potok przecina kotlinę na pół. Jedno zbocze to las, do drugiego przytuliły się domy. Na remont swojego Marta zarabiała w Londynie, a dekoracji szukała u handlarzy antyków na słynnej Portobello Road.
 
Północną ścianę domu porasta winobluszcz. Lada moment jego liście wybarwią się na czerwono. Od południa pnie się hortensja. Sięga już okien na piętrze i powoli wdziera się na taras. Po upalnym i deszczowym lecie rośliny w ogrodzie rozrosły się do gigantycznych rozmiarów. Stare jabłonie łamią się pod ciężarem owoców. Marta od rana krząta się w kuchni, nie nadążając z napełnianiem słoików. Gdy kolejna partia przetworów ląduje na stole, sięga po złotą, lekko zardzewiałą puszkę.
 

Kolorowe dekoracje z pchlich targów

 
Wyjechałam do Londynu z pierwszą falą emigracji – opowiada. – Bez pamięci zakochałam się w tamtejszej herbacie, hortensjach oraz kolorowych wnętrzach. Podobało mi się to, z jaką swobodą Brytyjczycy zestawiają kolory oraz przedmioty współczesne z antykami. – Ja też tak chciałam – mówi, wyjmując z kredensu czerwony, pękaty dzbanek. Za sekundę w kuchni pachnie jej ulubionym jaśminowym earl greyem. – W każdej wolnej chwili wsiadałam w autobus i jechałam do dzielnicy Notting Hill, na Portobello Road. Znajduje się tam słynny targ o niemal dwustuletniej tradycji. Gdy miałam pecha, wracałam tylko z owocami i chlebem. Częściej jednak dopisywało mi szczęście.

Do londyńskiego mieszkania zwoziłam to nadgryzione zębem czasu lampy i obrazy, to kruchą porcelanę i moje ulubione herbaciane puszki. Niektóre to prawdziwe unikaty. Później ładowałam je do samochodu i wiozłam do Polski, bo wiedziałam od zawsze, że korzenie zapuszczę w rodzinnych stronach, w okolicy Srebrnej Góry.
 
reklama
 

Remont starego domu pod Srebrną Górą

 
Domek stał opuszczony na rodzinnej posesji koło domu mamy. Wymagał ogromnego remontu, ale Martę, gdy już raz podejmie decyzję, trudno zniechęcić: – Niemal wszystko nadawało się do wymiany. Na szczęście trafiłam na solidną ekipę. Mogłam bez obaw wracać do Londynu i zarabiać na kolejne materiały. W tym czasie panowie uwijali się jak w ukropie, czyścili cegły oraz belki.

Postanowiła wykorzystać stare krokwie do budowy nowych drzwi wejściowych. Sfatygowanym starym również nadała nowe życie – oddzielają kuchnię od sieni. Zjeździła okoliczne wioski wzdłuż i wszerz, szukając mebli z duszą. Mnóstwo rzeczy kupiła u handlarza w Bielawie, który miał magazyny w dawnej fabryce tkackiej. Potem malowała je na żywe kolory. Gdy wypełniła regały i bibliotekę rzędami książek (wyszukiwała ich w brytyjskich charity shopach), uznała, że dom jest gotowy. 
 
Z czasem w jej życiu pojawił się Bartek, dźwiękowiec w ciągłych rozjazdach, a od niedawna również zapalony pszczelarz. Ręce nieustannie rwą mu się do pracy. – Gdy się do czegoś zabieram, lubię to robić po swojemu. Nie inaczej było z pszczelarstwem. Zamiast tradycyjnych uli wybrałem te mniej popularne, bezramkowe, w których plastry miodu budują pszczoły z produkowanego przez siebie wosku. Moim celem nie była hodowla przemysłowa, lecz zapewnienie owadom domu – opowiada. 

 

bezramkowe ULE 

 
Ule postawił Bartek, sam je też zaprojektował. Przydały mu się wiedza i doświadczenie z poprzedniej pracy, gdzie konstruował nietypowe meble. Z rysunkami w ręku zamówił drewno w tartaku i po paru tygodniach miał pasiekę. Lubi dbać o pszczoły, choć przyznaje, że nie zawsze jest wesoło. – Kilka miesięcy temu pojechałem samochodem kupić nowe rójki. Jedno z pudełek było źle zabezpieczone. Otworzyło się w czasie jazdy i nagle otoczył mnie rój pszczół. Z duszą na ramieniu dojechałem do domu – dziś już z uśmiechem opowiada Bartek.

Latem były pierwsze zbiory, raptem kilka słoików. – Nasze pszczoły żyją z dala od rolnictwa przemysłowego, żywią się głównie w lesie. Ich miód jest wyborny! – mówi z dumą. Na potwierdzenie pięcioletni Leon oblizuje się ze smakiem. Chętnie towarzyszy tacie przy ulach, ma nawet kombinezon z kapeluszem. W przyszłym roku pewnie będzie pomagał przy zbiorach. Przydadzą się dodatkowe ręce do pracy, bo wszystkim tak smakuje domowy miód, że już planują powiększenie pasieki. Marzą też o własnej stolarni. Nie wiadomo, co im los przyniesie, ale jedno jest pewne – na brak wrażeń nie będą narzekać. 
 
Tekst i stylizacja: Agnieszka Wrodarczyk
Zdjęcia: Michał Skorupski
 
Agroturystyka W Starym Domu: wstarymdomu.pl
 
Weranda Country nr 10/2018