Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Mazurski folwark i dmuchawce

Mazurski folwark i dmuchawce Zdjęcia: Andrzej Pisarski  
 
 


Ewa i Marek przyjechali do starego folwarku, by upewnić się, że go nie kupią. – Chcieliśmy jeszcze tylko rzucić okiem, żeby potem nie żałować. Był czerwiec. Łąki soczyście zielone, upstrzone dmuchawcami. Cisza. Dziko. Taki piękny koniec świata. Zaniemówiliśmy.

Czy jest ktoś, kto potrafi się oprzeć urokowi Garbatych Mazur? Dzika Puszcza Borecka, gdzie rządzi żubr. Puszcza Romnicka, którą nazywa się polską tajgą. Rapa, mała wieś z mazurską piramidą (tak mieszkańcy nazywali grobowiec pewnego barona). Stare pruskie wiadukty kolejowe w Stańczykach, ulubione miejsce miłośników skoków na bungee. W końcu Piękna Góra, gdzie zimą można szusować na nartach i sankach. Uroczych zakątków jest więcej, trudno je wymienić, ale kto raz je zobaczy, chce tu wrócić. Marek z dumą: Nawet Szwedzi, u których dziewiczych miejsc nie brakuje, nadziwić się nie mogą, że mamy takie krajobrazy.

reklama

Do Mazurskiego Starego Folwarku, agroturystycznego gospodarstwa Ewy i Marka, zjeżdżają goście z całego świata. Byli Koreańczycy, Brazylijczycy, Skandynawowie w komplecie, Szkoci. Był gość z Kenii i Majorki. Ot, wybrał się na wakacje. Marek rozbawiony: Polacy marzą o Majorce, a on przyjechał na Mazury. I jeszcze w prezencie zostawił nam przepis na przepyszny schab w boczku, który do dziś śni mi się po nocach. Każdy z gości coś tu zostawia. Najczęściej... serce. Zachwyca ich wschód słońca nad puszczą, cisza, od której huczy w uszach, zapach świeżo skoszonej łąki, sarna podchodząca pod dom, spacerujące nad stawem żurawie i bociany. Ale też bardziej prozaiczne rzeczy. Ewa: Uwielbiają smalec ze skwarkami, z pomarańczą albo śliwką. Ruskie pierogi, w których mistrzynią jest nasza sąsiadka, i plińce, czyli placki ziemniaczane z szynką, boczkiem i ostrym czosnkowym sosem.

Teraz jest tutaj pięknie, ale początki nie były proste. Gdy jedenaście lat temu państwo Lipscy kupili ten hektar ziemi, był łysy jak patelnia. Straszył zaniedbany dom, stodoła i gospodarskie zabudowania, a rodzina i znajomi powtarzali, że pakują się w kłopoty. Z czego będą żyli na wsi? Ale Ewa i Marek nie posłuchali. Wiedzieli, że choć dom można wybudować wszędzie, takie widoki za oknem znajdą tylko tutaj. Spakowali wszystko, co mieli, i razem z trójką dzieci wprowadzili się do jedynego – dziewięciometrowego – pokoju, który nadawał się do zamieszkania.

Po kolei dźwigali z ruin stare pruskie siedlisko. W końcu zaczęli myśleć o agroturystyce. Obsadzili podwórko drzewami i wszystko tak zarosło, że teraz goście szukają tu grzybów, a stajnia zapełniła się końmi. Marek: Pomyśleliśmy, że skoro kiedyś hodowano w naszym folwarku silne trakeńskie konie dla pruskiej armii, to i nam się uda. Ewa: Ale mieliśmy kilka momentów załamania, chcieliśmy to wszystko rzucić. Koń to bardzo trudne do ułożenia zwierzę.
 

Weranda Country nr 4/2011

Zobacz również: