Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Drumlin zaczarowany

Siedlisko Udziejek Zdjęcia: Paweł Słomczyński  
 
 

Ta karczma Drumlin się nazywa – powiedziałby czart Panu Twardowskiemu. Grażyna i Marek też sprzedali duszę, ale siedlisku Udziejek. Dla niego porzucili miejskie wygody i zgiełk.

W Suwalskim Parku Krajobrazowym ludzi mieszka niewielu. Wszędzie jest cicho, pachnie sianem, lasem, grzybami. Możesz chodzić środkiem drogi, bo samochody są rzadkością. No i te drumliny! Ich grzbiety wyłaniają się niczym wieloryby z morza pól i lasów. Niskie, owalne wzgórza sprawiają, że krajobraz zaczyna tańczyć niczym na Podkarpaciu. Są pamiątką po lodowcu, podobnie jak zimne, granatowe jeziora Suwalszczyzny.

Grażyna i Marek Gierszowie najpierw uciekli z Warszawy do Legionowa. Okazało się, że to nie wystarczy. – Czułem, że wypaliłem się zawodowo – mówi Marek. – Nie cieszyła mnie już praca technika dentystycznego. Podobnie jak moją żonę. W pewnym momencie powiedzieliśmy sobie – dość. Chcieli zamieszkać na północnym wschodzie. Marek pojechał więc na rekonesans. Najbardziej podobał im się Suwalski Park Krajobrazowy. Nie wolno tu stawiać nawet domków letniskowych. A budować można tylko w miejscu starego siedliska i to zgodnie z przepisami – domy muszą być tradycyjne... Wstąpił do biura nieruchomości. Dostał kilka adresów, między innymi do siedliska w Udziejku.

reklama

Był chłodny, deszczowy dzień. Zapomniana chałupa, nieopodal rzeczka. Z okien widok na Cisową Górę. W pobliżu brak sklepów i dyskotek. Sprzedali dom i spakowali walizki. – Wyjechaliśmy bez żalu – twierdzi Marek, choć Grażyna melancholijnie się uśmiecha. – Oj, różnie to bywało... Na początku było ciężko. – Modliłem się, żeby dysk mi nie wyskoczył – wyznaje Marek. Najpierw rozebrał świeronek i postawił chałupę podcieniową z pokojami gościnnymi. Stary dom nie nadawał się na gospodę dla letników – a taki pomysł mieli z Grażyną na życie – bo kto dziś przyjedzie do gospodarstwa bez wygód? Potem zbudował jeszcze jedną chałupę, stajnię, grill pod wiatą, szopę, gdzie umieścił kolekcję starych narzędzi rolniczych.

– Kiedyś jechałem sobie na rowerze, patrzę, a tu zwalona chata – wspomina Marek. – Wszystko spróchniało, oprócz pięknych rzeźbionych drzwi. Wkrótce za parę złotych odkupiłem gdzieś następne i następne. Wstawiam je do różnych pomieszczeń. Są niskie, więc dorabiam progi.
 

Weranda Country nr 2/2008

Zobacz również: