Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Nieoczekiwana przyjaźń

Gliniany kominek z otwartym paleniskiem ogrzewa cały salon. Zdjęcia: Andrzej Pisarski, Stylizacja: Grażyna Bieganik  
 
 

Można jeździć po świecie i nigdzie nie zagrzać miejsca. Można też wybrać to jedno, poznać je i pokochać.

Sebastian i Joanna właściwie to lubią miasto. Spędzają w nim pięć dni w tygodniu i potrafią czerpać z niego korzyści. Lubią dobre kino, przytulne restauracyjki, uliczny gwar. A mimo to 5 lat temu zamarzyło im się miejsce, w którym mogliby od niego odpoczywać. Co roku jeździli wprawdzie gdzieś na wakacje, ale to nie wystarczało. Jednak swój kawałek ziemi to, co innego niż wynajęty pokój w gospodarstwie agroturystycznym. Kupili więc 5 hektarów ze stawami. Takie cudo znaleźli na Pojezierzu Dobrzyńskim.

Potem były formalności związane z prawem do zabudowy. Czasem czuli się jak bohater „Procesu” Franza Kafki. Starczyło im jednak cierpliwości i niedługo stanął dom. Nie zbudowali nowego. Koniecznie chcieli stary, z klimatem. Ładną chałupę znaleźli w Górach Świętokrzyskich. Kiedyś należała do Niemki. Podobno prowadziła w niej aptekę. Mimo pięćdziesięciu lat, była w dobrym stanie, do tego duża, przestronna. Długo się nie zastanawiali. Kupili ją i po rozłożeniu przewieźli do siebie. Nad całym przedsięwzięciem czuwali miejscowy cieśla i tata Joanny.

reklama

– Przez trzy miesiące mieszkał w namiocie i doglądał, czy budowa idzie zgodnie z planem – mówi z podziwem w głosie Joanna. – Powiedział, że póki robota nie będzie skończona i na dachu nie zawiśnie wiecha, on się nie ogoli. Pod koniec wyglądał jak Rumcajs. Wiedzy i umiejętności zabrakło, gdy przyszedł czas na piece. Nie działały, ale były bardzo ładne i pasowały do chałupy. Wzięli się za szukanie zduna. – To był cud, że go znaleźliśmy. Ten zawód jest już na wymarciu – mówi Joanna. – Ale udało się. Zrobił nam piece, a w salonie zbudował kominek z gliny. Jego kształt wymyśliliśmy sami – dodaje z uśmiechem.

Weranda Country nr 2/2008

Zobacz również: