Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Bajka z Lanckorony

Bajka z Lanckorony Fotografie: Aneta Tryczyńska  
 
 


Pewnego dnia Jola i Artur zajechali do Lanckorony. Tak im się spodobała, że już w niej zostali. Kupili willę Bajkę, która kiedyś należała do generała Schuberta. Podobno urodził się tego samego dnia i miesiąca, co Artur. I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie.

Dzisiaj, gdy przyjeżdżają do nich goście i siadają na werandzie, mówią: – Boże, ale u was jest dobrze. Cicho, spokojnie i pięknie. Wiadomo, przecież Lanckorona uchodzi za jedną z piękniejszych polskich wsi. Leży u podnóża Karpat Zachodnich, więc widoki są przecudne, a że wkoło rozpościerają się wzgórza, jest jak oaza wolna od uciążliwych zimnych wiatrów, które szaleją po tamtejszych ziemiach, i nieprzyjemnych gęstych mgieł. Podobno należy do miejsc o wyjątkowej przejrzystości powietrza.

Gdziekolwiek pójdziesz, tam dech zapiera ci w piersi. Bo i chałupy są malownicze. Niemal każda to zabytek. Przycupnięte przy wąskich drogach, przypominają nam, jak pięknie budowali cieśle w XIX wieku. Właśnie tak powinna wyglądać polska wieś. No i ludzie są serdeczni. – Tacy bezpośredni, kontaktowi – chwali pan Artur. – Gdy mieszkaliśmy w mieście, często wspominaliśmy dawne zieleniaki, gdzie ty znałeś sprzedawcę, sprzedawca znał ciebie. Wybierając kapustę, pogadałeś z nim chwilę o pogodzie, polityce, dzieciach. I dzień stawał się milszy. Nie byłeś anonimowy tak jak teraz w tych wielkich, bezdusznych supermarketach.

reklama

Nie dziwi więc, że Lanckorona od lat przyciąga ludzi. Upodobali ją sobie zwłaszcza artyści. Oczywiście, jak to zwykle bywa, są dwie strony medalu. Życie na wsi nie zawsze jest tak sielskie, jak sobie wyobrażamy. Nawet w tak pięknej Lanckoronie. – Ludzie z miasta nie wiedzą, ile trzeba się natrudzić, by tu przetrwać – mówi Artur Trojanowski. – Gdy mieszkałem w Łodzi, nie interesowało mnie, że spadł śnieg. Chodniki odśnieżali dozorcy. Tutaj muszę robić to sam. O starą chałupę też trzeba dbać, stale coś się psuje. Teraz przyszła pora na dach. Aby go wymienić, żona musiała zarobić w Irlandii. Tu trudno jest uzbierać trzydzieści tysięcy złotych. Przyjezdni nie myślą o takich sprawach. Zachwycają się malowniczą wioską, widokami i tyle.

Skąd mają wiedzieć, że większość mieszkańców codziennie zrywa się o świcie z łóżka, by zdążyć do pracy w Kalwarii Zebrzydowskiej czy Wadowicach, a wraca późnym wieczorem. Życie Artura wygląda na szczęście inaczej. Los obdarzył go pasją i talentem – maluje obrazy i dzięki temu pracuje w domu. Chociaż, jak mówi, i on musi być twardy, zwłaszcza dla samego siebie, bo wolność może stać się przekleństwem. Bez samodyscypliny nie ma szans. Człowiek z natury jest leniwy, wolałby zbijać bąki albo marzyć o niebieskich migdałach.

Jak wygląda jego powszedni dzień? Wstaje rano, pije kawę, spaceruje po ogródku. Oberwie suche liście, coś posadzi, coś zagrabi, posiedzi na tarasie, porozmawia z czternastoletnią córką Esterą. Niby nic, a jednak taki spokojny poranek daje mu siły, by późnym popołudniem wziąć się ostro do pracy. Rano ma najlepsze pomysły, wieczorem je realizuje. Obrazy maluje głównie na płytach MDF. Duże formaty, figury naturalnej wielkości, jakby w fotograficznym ujęciu. Lubuje się w ujęciach z góry, które sprawiają, że przedstawiony świat jest mniej realny.

Artur przebył długą, niełatwą drogę, by w końcu spełnić marzenie o domu na wsi i malowaniu. Z miasta wygnał go brak pieniędzy. W 1993 roku skończył studia na Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi i miał głowę pełną ideałów. Trudno mu jednak było zainteresować ludzi swoją sztuką. Ci, którzy mieli w tamtych czasach pieniądze, kupowali dzieła artystów o znanych na świecie nazwiskach. Rozczarowany przeniósł się z Jolą na Lubelszczyznę, koło Kozłówki, i nauczył stawiać domy z bali. Budował je przez dziesięć lat, ale to bardzo wyczerpujące zajęcie. A potem, tak jak żona, rozkochał się w Lanckoronie... i zaczęło być jak w bajce. Może czuwa nad nimi duch generała Edwarda Schuberta. Mieszkają w domu, który wybudował w latach 20. I tak jak oni wybrał spokojną malowniczą wioskę, choć pochodził z dużego miasta, Krakowa. Jola i Artur co roku na Wszystkich Świętych zapalają świeczkę na jego grobie.


Tekst: Renata Barańska
Fotografie: Aneta Tryczyńska
www.trojanowski.m4u.pl



Wystawy Artura Trojanowskiego:

2001 – Wystawa w Plenerze, Kazimierz Dolny nad Wisłą
2003 – Obraz Roku – wystawa finalistów, Królikarnia
– Odział Muzeum Narodowego, Warszawa
2004 – Obraz Roku – wystawa finalistów, Królikarnia
– Odział Muzeum Narodowego, Warszawa
2004 – Z góry – wystawa indywidualna, Galeria Patio, Łódź
2004 – Wystawa zbiorowa – Galeria Ars Nova, Łódź
2005 – Gentelmen’s Story Club, CK Zamek, Poznań
2005 – Targi Sztuki „St’art” Strasbourg,
Galeria Ars Nova z Łodzi
2005 – VI Europejski Festiwal Malarstwa Ściennego, Gdańsk
2005 – Galeria Pierwszego Kontaktu Winkiell, Lanckorona
2005 – Love Art, Integracyjny Klub Artystyczny Winda, Gdańsk
2005 – Obraz Roku – wystawa finalistów, Hotel Europejski, Warszawa
2006 – Stan Wewnętrzny, CK Zamek, Poznań

Weranda Country nr 1/2008

Zobacz również: