Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Ranczo na pograniczu

Dom w Bieszczadach Dom znajduje się w Bieszczadach, 15 minut spacerkiem do granicy z Ukrainą. Zdjęcia: Rafał Lipski, Stylizacja: Barbara Dereń  
 
 


Dla Agnieszki i Andrzeja przeprowadzka w Bieszczady nie oznaczała porzucenia dawnego życia i zmiany pracy. Zamiast w klimatyzowanym biurze siedzą w we własnym domu z widokiem na wzgórza, konie i derkacze.

Kiedyś całe te połoniny pokrywały uprawy pszenicy (– Rdzennej rośliny bieszczadzkiej – zżyma się gospodarz). Po trwającej wiele dekad PGR-owskiej okupacji, nowi właściciele postanowili zwrócić je naturze. Musieli zacząć od karczowania. – Zanim w 1999 roku kupiliśmy ziemię, przez kilkanaście lat leżała odłogiem. To wystarczyło, żeby zarosła krzakami. Trzeba było wyrąbywać drogę, miejsce pod dom i stajnię – opowiada Andrzej, doktor biologii i czołowy polski specjalista od bobrów.

Jest gorące popołudnie. Za nami spacer wzdłuż granicy prywatnego rezerwatu mokradeł pełnego storczyków. Teraz przedzieramy się przez sięgające po pas trawy – królestwo derkaczy, ptaków zagrożonych w Europie wyginięciem, ale bezpiecznych na ziemi Agnieszki i Andrzeja. Tu nie uświadczysz ciągnika, nikt nie kosi łąk i pisklęta mogą dorastać w świętym spokoju. Wieczorami ich charakterystyczne krzyki niosą się daleko po okolicy i konkurują z chóralnym zaśpiewem zasiedlających mokradła żab. Oprócz szumu wiatru w drzewach, szczeknięcia psa czy tupotu galopującego stada hucułów – to jedyne nocne odgłosy na ranczu.

reklama

Wyprowadzka z Krakowa w Bieszczady nie oznaczała ani wielkiego poświęcenia, ani porzucenia dawnego życia. Agnieszka i Andrzej nie zmienili pracy. Tyle że zamiast w klimatyzowanym biurze siedzą we własnym domu, a za oknem mają wzgórza, konie i derkacze. Dzięki internetowi i komputerom nie przerywali pracy na czas budowy. Nawet koczując przez dwa lata w namiocie i małym pokoiku z dachem z brezentu przywiązanego liną, da się napisać raport i wysłać go mejlem. Oczywiście zimą sprawy się trochę komplikowały, bo warunki robiły się ekstremalne. – Próbowaliście kiedyś spać w namiocie przy minus 15 stopniach? Szczególnie z gołą głową? – Andrzej nie wiedzieć czemu uśmiecha się do tego wspomnienia. – Ma się naprawdę psychodeliczne sny. Kiedy sypał śnieg i wiał wiatr, droga robiła się nieprzejezdna. Jedynym środkiem transportu były narty i rakiety śnieżne. Jedynym źródłem ciepła – wysłużony piecyk koza i ciepłokrwisty owczarek berneński Nelson.

Agnieszka i Andrzej opowiadają o tych dwóch latach z zadziwiającym spokojem. Nawet im powieka nie drgnie przy streszczaniu tej, cytuję, „drogi przez mękę, od odkrzaczania po gont”. Sami są trochę zdziwieni, jak daleko zaprowadził ich upór, że „ma być tak i ani trochę inaczej”. Dom postawili huculscy cieśle z Ukrainy, używając tradycyjnych metod. Cała konstrukcja zbudowana jest bez użycia jednego gwoździa! Gospodarze chcieli być niezależni – i są. Nie płacą rachunków, czym wprawili w nabożny podziw górali, którzy przyjechali montować drzwi w głównym budynku. Bo wodę mają ze studni, a jedynym źródłem energii są dwa wiatraki i zestaw paneli słonecznych założonych przez Andrzeja, który stał się specjalistą od projektowania i montowania takich urządzeń.
 

Weranda Country nr 4/2008

Zobacz również: