Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Królestwo kur i aniołów

Kuchnia Kuchnia jest tradycyjna, nieco rustykalna. Zdjęcia: Rafał Lipski  
 
 

 
Każdy kamień, każdy fragment tego gospodarstwa krzyczał: „Czekaliśmy na ciebie, zrób coś z nami!” – opowiada tancerz i choreograf Piotr Galiński. Złożył więc domowi obietnicę, że jeszcze zatętni tu życie.

Zawsze wiedział, że chce mieszkać na wsi – najlepiej w tradycyjnej mazurskiej chałupie z czerwonej cegły. Szukał jej jednak niespiesznie, były ważniejsze sprawy. Aż do chwili, gdy przyjaciele postanowili sprzedać swoje wiejskie siedlisko na Warmii. Zdecydował się natychmiast. I wtedy zaczęły się schody.

Słowo się rzekło

Bo jak tu się cieszyć z nowego domu, gdy do zamieszkania nadaje się tylko jeden pokoik na poddaszu, a reszta jest w ruinie? Po strychu fruwają szpaki, przez szpary w dachu można podglądać młode w gniazdach. Tylko obora, mimo zniszczenia, wciąż wyglądała pięknie. Dziś trudno sobie wyobrazić, ile pracy włożył w swoje wymarzone gospodarstwo. Dziesięć lat życia. Choć miewał chwile zwątpienia, myślał: „Chłopie, co ty robisz! Masz mieszkanie w Olsztynie, pracę w mieście, a chcesz się przenieść na wieś?”. Wtedy pomógł jakiś artykuł w gazecie, o ludziach, którzy zamieszkali w zrujnowanym wiejskim siedlisku i krok po kroku przywrócili mu blask. Wiedział już, że tak można, że nie jest sam.

reklama

Teraz stojący w pięknym ogrodzie dom z ukwieconym gankiem, zwieńczonym wymownym kogucikiem na dachu, wygląda jak z bajki. Po podwórzu kręcą się psy, na ławce nad stawem wyleguje się Pola – pręgowana kotka, która jest tu od zawsze. Pod nogami przemyka Miluś z nastroszoną małżonką. Miluś to wybitnie towarzyski kogut rasy cochin, ceniący sobie towarzystwo i głaskanie. Gospodarstwo tętni życiem. Bo Piotr Galiński przyrzeczenia dotrzymał. Są konie, dwie kozy, kury – te ostatnie to prawdziwe arystokratki. – Na początku nie myślałem o hodowli drobiu ozdobnego – śmieje się gospodarz. – Jak zwykle w moim życiu zadecydował przypadek. Gdzie na wsi można kupić kury? W punkcie hodowli drobiu. Tylko że tam były wyłącznie nioski. A gdzie kogut? Co to za gospodarstwo bez koguta! Stojąca za mną kobiecina zaproponowała wymianę – ona da mi koguta, a ja odstąpię jej kilka niosek, bo dla niej nie wystarczyło. Dobiliśmy targu.

Pojechaliśmy do niej, a tam po podwórku biegały przepiękne, kolorowe, miniaturowe kurki. Wtedy narodziła się moja pasja, a teraz hoduję cochiny i kury zielononóżki – najstarszą, tradycyjną polską rasę. Kury mają tu dobrze, jak w domu. Raz się zdarzyło, że jedna z opierzonych rezydentek złamała nogę. Ponieważ gospodarze nie jadają swoich pupilek, postanowili kurę ratować. Jakież było zdumienie weterynarza, kiedy do leczenia przywieziono mu gdaczącą pacjentkę. Na szczęście i nogę, i kurę udało się uratować.
 

Weranda Country nr 3/2009

Zobacz również: