Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Tam, gdzie słychać rżenie koni

Domek z bali, pagórkowate łąki, stary sad. Na przyjazd Magdy i Juliusza z Warszawy czekają też dwa stęsknione hucułki Saturn i Jeronimo. Zdjęcia: Marek Szymański, stylizacja: Kasia Mitkiewicz  
 
 

Domek z bali, pagórkowate łąki, stary sad. Na przyjazd Magdy i Juliusza z Warszawy czekają też dwa stęsknione hucułki – Saturn i Jeronimo.

Magda Antoszewska i Juliusz Wilk nie chcieli stać w korkach. Biura urządzili więc w domu na warszawskiej Sadybie. Za ten luksus płacą wysoką cenę – właściwie nie wychodzą z pracy. On zajmuje się wszystkim, co związane z basenami. Ona jest adwokatem. Słoneczne wzgórze pod Krakowem, stary sad i wapienny jar należały do rodziny Juliusza od dawna. Gdy otrzymał swoją część, pomyślał, że jej nie potrzebuje. Rolnictwo go nie interesowało. Ale świeżo poślubiona żona Magda uznała, że to miejsce idealne, zawsze chciała mieć własne konie! Kupili więc dwa hucułki. To specjalna rasa, wytrzymała i przystosowana do chodzenia po górach. – Potrafią wskakiwać na skały, a w dół kotlin zjeżdżają na zadach – tłumaczy Magda.

Saturn (gniady) i Jeronimo (indiański srokaty) przyjechały tu jako źrebaki, nie były wcześniej jeżdżone i wszystkiego uczyły się od Magdy, a właściwie razem z nią. Teraz  wspólnie poznają sztukę powożenia. To właśnie konie przygnały ich tu na dobre. Decyzję o domku przesądziły narodziny syna Chrystiana. Gospodarze nie wiedzieli dokładnie, czego szukają. Już zaczęli zastanawiać się nad jakimś prostym projektem, gdy siostra Magdy znalazła w internecie inne rozwiązanie. Za 20 tysięcy kupili stary dom z bali.

reklama

W dwa tygodnie przewieźli go spod Biłgoraja pod Kraków i złożyli na nowo. Chcieli jednak, by ich chałupka pasowała do okolicy. Podpatrywali zatem chaty w sąsiedztwie. Niebieskie paski z ultramaryny były tu kiedyś na wszystkich fasadach, więc je domalowali. Zostawili drzwi, podłogę, ściany. Zdrapali tylko musztardowy lakier i tynki. Na oknach Magda wyrysowała kolorowe wzory. – Grasuje tu parę korników i trochę nam chrupie, ale chata przeżyła już ze sto lat, więc jeszcze trochę postoi – żartują.

Ściany przybudówki pokryli jurajskim wapieniem. – Nie mieliśmy szczęścia do fachowców – wspomina Magda. – Pewnego razu Juliusz musiał być w Warszawie. Gdy przyjechałam zobaczyć, jak tam prace, panowie budowlańcy leżeli pijani w krzakach. Co było robić, ścianę postawiłam sama, bo następnego dnia trzeba było na niej oprzeć dach – opowiada Magda. Na szczęście przygody mają już za sobą. Domek świetnie im służy. Uprawiają warzywny ogródek i z pasją gotują. Od 10 lat są wegetarianami, bo, jak mówią, za bardzo kochają zwierzęta, żeby je zjadać.


Tekst i stylizacja: Kasia Mitkiewicz
Fotografie: Marek Szymański

Weranda Country nr 4/2009

Zobacz również: