Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Indianie znad wielkich wód

Indianie znad wielkich wód Zdjęcia: Rafał Lipski  
 
 

Moje dziewczynki z okien domu oglądają dziki, sarny, wilki. W drodze do szkoły widzimy chmary jeleni. Zapraszam do krainy łosia i żurawia – napisał Darek Karp. I dołączył swoje zdjęcie – z orlim piórem we włosach.

Czasami mam go dosyć, na przykład, kiedy chcę włożyć mięso do zamrażalnika i nie mogę, bo tam myszołów – Beata ustawia na szerokim, solidnym stole zabawki dla półrocznej Abigaile. – Ale z drugiej strony myślę, że to aż niesprawiedliwe, że kiedy Bóg rozdawał talenty, Darek dostał wszystkie. – Nieprawda – protestuje Darek ze śmiechem – tańczyć nie umiem! Ale cały ten wspaniały dom zrobił własnymi rękami. To znaczy ekipa go postawiła, ale źle, i musiał po nich poprawiać. A potem były miesiące pracy w środku.

Spójrzcie choćby na stół, przy którym miło się siedzi z gospodarzami, gdy w piecu buzuje ogień, na rzeźbione zdobienia. – Nie odwzorowuję znanych motywów – mówi gospodarz. Ubrany w indiański strój, własnoręcznie uszyty i ozdobiony, krząta się po domu. – Rzeźbię, co mi w sercu gra. Tylko drzwi są stare. – Przetrwały dwie wojny, widziały wiele tajemnic – wspomina Darek. – Całe życie przechodzili przez nie babcia i dziadek, potem moi rodzice, i ja w czasach dzieciństwa i młodości. Podczas remontu rodzice wymienili je na nowe. Te stare, wysłużone chcieli spalić, ale się nie zgodziłem. Postanowiłem, że kiedyś będą drzwiami do mojego domu. I tak się stało.

reklama


Jak zostałem Indianinem

– Dawno postanowiłeś zostać Indianinem? – pytam Darka, kiedy już zaprzyjaźniliśmy się na tyle, że mogę postawić to pytanie. – Normalnie, jak każdy, w szkole – odpowiada. – No tak, ale w szkole to każdy chciał być Indianinem… – Właśnie – śmieje się Darek – tyle że nie każdemu się udało. Pokazuje mi zeszyty z misternie wykaligrafowanym tajnym alfabetem i relacjami z wypraw. – Byłem chyba w czwartej klasie, kiedy pierwszy raz nocowałem sam w lesie – wspomina. – Okropnie się bałem, ale postanowiłem ten strach przezwyciężyć. Za drugim razem było lepiej. Beata układa w kołysce małą i opowiada, jak to przy trzeciej córce uparli się, żeby miała indiańskie imię.

Darek w stroju odświętnym, białym, bogato naszywanym paciorkami, udał się do Urzędu Stanu Cywilnego. Na pytanie o imię odpowiedział: „Abigaile”. Urzędniczka popatrzyła na niego z rezygnacją: – Jak tylko pan wszedł, od razu wiedziałam, że będą kłopoty – westchnęła. Tydzień wcześniej mieli komunię średniej córki Izy, a tu trzeba szykować chrzciny. Beata jeszcze nie doszła do siebie po zamieszaniu z gośćmi. Darek wystąpił w najbardziej uroczystym stroju indiańskim. – Ty też byłaś jako Indianka? – pytam Beatę. – Nie, ja byłam w sukience. Każdy ma swój styl, indiańska rodzina na tym właśnie polega – wyjaśnia.

Czasami zasypuje

Dom stoi kilka kilometrów od wsi Tajenko, na prawdziwym odludziu. Kilkanaście minut marszu dzieli nas od słynnego Czerwonego Bagna. Wokół las. Zdarza się, że łosie podchodzą pod dom i przyglądają się psom na podwórku (są trzy, wszystkie znajdy, jeden odwiązany od drzewa w lesie). – Nie boisz się tu mieszkać? – pytam Beatę. – Wiesz, to aż dziwne, bo wychowałam się w bloku, a teraz nie wyobrażam sobie życia bliżej ludzi. Jesteśmy z Augustowa, kiedyś mieszkaliśmy w pięknym miejscu na Suwalszczyźnie, ale za mało dziko jak dla nas tam było – wspomina. Ze szkoły wracają starsze córki. Asia podekscytowana, bo wygrała konkurs angielskiego.

W nagrodę ogromna zniżka w szkole językowej w Augustowie. – No i co teraz – pytam – będziesz dwa razy w tygodniu wozić na angielski? – Oczywiście – mówi Beata. – Do Augustowa mamy 20 minut, jeździmy raz w tygodniu na zakupy, do lekarza. – Ale w zimie, jak was zasypie? – nie ustępuję. – Mamy terenówkę, a nigdy nie zasypało na dłużej niż dwa, trzy dni – Beata śmieje się z mojego myślenia mieszczucha. Asia ma 11 lat i artystyczne pasje dzieli z tatą. Kilka przedmiotów w domu to ich wspólne dzieło. Ona narysowała szablony pieska i kotka, on wyrzeźbił. Zwierzaki wiszą nad piętrowym łóżkiem dziewczynek. To też dzieło Darka, podobnie  jak ogromny stół do pracy i zabawy w dziecięcym pokoju.

Wewnętrzne szczęście

Dokoła las. Darek zabiera mnie, jak wszystkich gości, których przyjmują w „Domu Trapera” na wycieczkę. Obiecuje, że zobaczymy łosia. Najpierw idziemy długo wzdłuż rzeki. Znajdujemy (to znaczy Darek znajduje) gniazda myszołowa i żurawia. W tym ostatnim cieplutkie jajka. Odchodzimy, żeby nie zakłócać ptakom życia rodzinnego. – Czasami się martwię – mówi nagle Darek – czy Beata w tym lesie jest naprawdę szczęśliwa. – Wiesz, tak prawdziwie, wewnętrznie szczęśliwa, bo to jest przecież najważniejsze. Czasami jestem pewien, że tak, a czasami mam wątpliwości. Po pięciu godzinach przedzierania się przez bagno udaje nam się zobaczyć łoszę z młodym łoszakiem. Wracamy do domu.

Darek smaży jajecznicę i opowiada o planach. Na podwórku przed domem powstanie tipi. Będzie można siedzieć w nim przy ogniu nawet podczas deszczu. No i musi dokończyć pokoje na górze. Darek, z zawodu fotograf przyrody, organizuje dla gości nie tylko podpatrywanie zwierząt, ale i plenery fotograficzne. Teraz delikatnie układa w gniazdku niebieską skorupkę jajka. Znakomicie pasuje do gniazda drozda wiszącego nad drzwiami i innych znalezisk zdobiących ściany i półki. Indiańskie ozdoby, poroża, a nawet sarenka, którą znaleźli w lesie. Próbowali ją uratować, ale nie przeżyła. Wszyscy płakali, a najbardziej Izunia, która znosi do domu chore i słabe zwierzęta. Ma do nich serce. No i jest wielka radość, gdy zajączek, który przeżył w domu zimę, wiosną odkica do lasu.


Tekst i stylizacja: Maria Dracz
Fotografie: Rafał Lipski

Weranda Country nr 6/2010

Zobacz również: