Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

W dolinie skarbów

Weranda z przezroczystym dachem to także dzieło Toniego. Zdjęcia i stylizacja: Gutek Zegier  
 
 

 
W Amsterdamie Lusia malowała obrazy, a Toni rzeźbił i projektował place zabaw. Narzekali jednak na nudę i ciasnotę. O takiej menażerii, jaką mają w Janicach, mogli jedynie śnić – owce, konie, kozy, kuna.

– Chodźcie, chodźcie! – woła Toni do stojących za domem koników. Małe stadko najpierw zabawnie przekręca łby i spogląda na gospodarza, a potem rzuca się galopem w jego stronę, wzbijając mgłę sypkiego śniegu. Za chwilę z okna wychyla się Lusia i woła do męża: – A gdzie moje owce? Pewnie znów się gdzieś włóczą. Tak samo jak kozy – odpowiada sobie sama. Parzy właśnie poranną kawę w kociołku. Dziś będzie do niej świeżutkie, jeszcze ciepłe mleko. Z porannego dojenia. Przywiózł je sąsiad Bogdan.

Dziesięć lat temu Lusia i Toni Gerlach-Kick dzielili życie pomiędzy kolejne wystawy. Ona obrazów, on rzeźb. Najpierw była ogromna radość z sukcesów, ale potem pojawił się żal, bo życie zaczęło przypominać dokręcanie śrubek przy fabrycznej taśmie. W końcu zamienili Holandię na Polskę.

reklama

Ich dom nie jest nawet ogrodzony. Po co? Dachy sąsiadów są daleko, a asfaltowa droga wygląda jak niknący na horyzoncie górski strumyk. Stoi na uboczu w Janicach, tuż obok Lubomierza, miasteczka, które rozsławiły zwaśnione rodziny Karguli i Pawlaków z „Samych swoich”. Lusia i Toni nie czują się tutaj jak outsiderzy. Ostatnio ciągle w te okolice sprowadzają się Niemcy, Anglicy, Belgowie. Kupują domy dla widoków bez turystów,dla renesansowych dworów, barokowych pruskich pałacyków schowanych w zdziczałych parkach, projektowanych przez mistrza z Berlina Karla Friedricha Schinkla. Państwa Gerlach-Kick zwabiło jednak coś innego – historia ojca Lusi.

– Wincent Jan pochodził z Górnego Śląska. Był kierowcą z Bytomia. Podczas drugiej wojny światowej zaciągnął się do służby w transporcie. Z nieodłącznymi trzema owczarkami niemieckimi dotarł do Anglii, wziął udział w operacji desantowej w Normandii. Po wojnie wyemigrował do Holandii. Tam się ożenił, tam przyszłam na świat – wspomina gospodyni. I prawdopodobnie te rodzinne sentymenty sprawiły, że gdy dziesięć lat temu stanęli na podwórku mocno zniszczonego gospodarstwa w Janicach, nie odwrócili się na pięcie. Toni popatrzył na trzystuletni poniemiecki dom z kamiennymi posadzkami, drewnianymi oknami, piecem chlebowym do poważnej renowacji, i od razu zaczął kombinować, od czego by tu zacząć naprawę muzealnych wnętrz. Bez wahania zainwestowali dorobek całego życia. Wymęczeni przez polską biurokrację (obcokrajowcy muszą uzyskać pozwolenie z MSWiA, jeśli chcą kupić u nas więcej ziemi), przez przyjaciół posądzeni o brak zdrowego rozsądku, wprowadzili się do swojego raju.
 

Weranda Country nr 2/2010

Zobacz również: