Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Dzika Kaczka na Mazurach

Dzika Kaczka na Mazurach Zdjęcia: Michał Mrowiec  
 
 


Kiedy wybrali sobie Mazury? Agnieszka jako mała dziewczynka. Jeździła tam z babcią, kołdrami, poduszkami i nocnikiem na całe wakacje do rolnika. Marek był jeszcze w szkole. Mama prowadziła na jeziorach obozy żeglarskie i zabierała go ze sobą.

Najpiękniejsza jest papierówka, spójrzcie, jak wspaniale kwitnie! – zachwyca się Agnieszka. – Tu mamy wiśnie, śliwki i kilka jabłoni. Marek dosadził grusze, morele, pigwowce. Mamy porzeczki, agrest, borówki amerykańskie. Ale najbardziej dumni są z dwóch truskawników. Dają tak dobre plony, że wystarczają im na całą zimę. Od kiedy zamieszkali w „Dzikiej Kaczce”, żyją, jak chce natura.

reklama

– Wiosna to świeżość, zapał, nowości. Porządkujemy, udoskonalamy, wymyślamy, remontujemy – mówi Agnieszka. – Lato jest ciężką pracą, inni wypoczywają, my mamy sezon. Co oznacza nie tylko gości, ale i robienie przetworów. Jesienią zwalniamy, chowamy hamaki, wekujemy ostatnie śliwki. Zima przynosi spokój. To nasz czas. Wertujemy książki kucharskie i myślimy, co jeszcze w tym naszym mazurskim królestwie zmienić. Chociaż odkąd Marek wpadł na pomysł akcji „paczki z Dzikiej Kaczki”, mało wypoczywamy – śmieją się. Przygotowanie co miesiąc chlebów na zakwasie, uwędzenie wędlin i ryb, zrobienie przetworów wymaga czasu. A chętnych na domowe rarytasy przybywa.

Jeszcze niedawno ich życie wyglądało trochę inaczej: Agnieszka i Marek, oboje na kierowniczych stanowiskach, pracują w Warszawie. W biurach siedzą do wieczora, a i to nie wystarcza. Któregoś lata jadą na mazurską wieś Jora Wielka. Świetnie się bawią, poznają cudownych ludzi. Wracają do miasta z trudem. – Co tu zrobić, żeby w kolejny niedzielny wieczór nie ciągnąć się w korku do Warszawy? Wreszcie córka Kasia kończy studia. – To ten moment. Trzeba decydować o reszcie życia – mówią. Wpadają na pomysł, żeby założyć kameralny pensjonat. Któregoś dnia Marek znajduje osadę z 1936 roku.

Trzy zniszczone budynki, bocianie gniazdo (w ruinie), dwa stawy (zarośnięte). – Powiedziałam mu, że oszalał! – śmieje się Agnieszka. – Porywanie się na ten remont wydawało mi się absurdem. Ale był nieugięty. Mówił: – Tu zrobimy pokoje, tu dobudujemy werandę, może da się oczyścić stawy, zrobimy sobie basen – kusił. I postawił na swoim. Po pięciu latach w chlewiku mają dwa piętrowe apartamenty z kominkiem, w stodole kameralną restaurację i wielką kuchnię, w domu – pokoje, jadalnię i werandę. Na dachu znów zamieszkał bocian z rodziną.
 

Weranda Country nr 3/2010

Zobacz również: