Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Stodoła od dobrego księcia – rustykalny dom na Morawach

Zdjęcie 15/16
 
 
Najważniejszym meblem w domu Danieli i Petera jest niebieski piec kaflowy. Kolor zawdzięcza niezapominajkom, które przeprowadziły się z lasu do ogrodu. To przy nim najlepiej opowiada się wieczorami bajki.
 
Daniela urodziła się w małej wiosce na Morawach, pod Ołomuńcem. Wtedy marzyła o ucieczce do miasta, które było dla dziewczynki jak ziemia obiecana. Utalentowana artystycznie, wyjechała do Pragi i rzuciła się w wir studenckiego życia. Studiowała jednocześnie w dwóch uczelniach – grafikę w Akademii Sztuk Pięknych i architekturę na Czeskim Uniwersytecie Technicznym. Podczas jednej z wystaw poznała Petera, historyka sztuki.

 

U Danieli i Petera na Morawach 

 
10 LAT TEMU: biorą ślub i zastanawiają się, gdzie zamieszkać. On – ma dosyć wielkomiejskiego zgiełku Pragi, tabunów turystów i nocnych wrzasków pod modnymi pubami na starówce. Ona – ani myśli rezygnować z teatrów, koncertów, wystaw, dobrych sklepów, które ma tu na wyciągnięcie ręki. – Nawet ulubione ciasto marchewkowe, któ́re przynosiłem codziennie z cukierni, nie przekonało mojej lubej do zmiany decyzji – ś́mieje się Peter. Wszystko jednak do czasu.
 
5 LAT TEMU: jadą na wakacje w rodzinne strony Danieli. Zielone Morawy z pagórkami porośniętymi winnicami, z mnóstwem architektonicznych perełek oczarowują Petera. Tak mu się tu podoba, że najchętniej by nie wyjeżdżał. Ona również nie kryje emocji – przypomniała sobie cudowne, sielskie dzieciństwo. – Aż mi się łza w oku zakręciła – wspomina. – Pomyślałam sobie, że syn i córka powinni mieć takie same wspomnienia.
 

Stodoła od dobrego księcia – rustykalny dom za miastem

 
Oboje mamy wolne zawody, możemy pracować w terenie – decydują. A zresztą do Pragi mamy stąd 250 kilometrów, niespełna trzy godziny samochodem. Można od czasu do czasu wyskoczyć na koncert czy do teatru, a potem przenocować u przyjaciół.
Domu szukają, spacerując po okolicy. Nie stawiają żadnych warunków. Nie obchodzi ich, ile będzie miał pięter i jaki kolor dachu. Chcą tylko mieć dokoła jak najwięcej zieleni i ciszę. 
 
Ku zaskoczeniu rodziny kupują działkę, na której zamiast domu stoi... stara stajnia. Otacza ją kamienny mur z drewnianą bramą, a dalej już tylko drzewa, jagody, sarny i zające. Gdy przeszli przez nią tego pierwszego dnia, poczuli, że znaleźli się w świecie, z którego nie chcą wracać. Z czasem wykuli sobie tylko sekretne przejście do lasu. – Nieruchomość kupiliśmy od księ̨cia Liechtensteinu, Jana II Dobrego – śmieje się Daniela. – Do niego należały ziemie w okolicy i na jego zlecenie w 1910 roku zbudowano tu stajnię. Mieszkało w niej sześć koni.
 
reklama

 

Dom w starej stajni 

 
Remont zajął im ponad dwa lata. Nigdzie się nie spieszyli, nie szukali na gwałt fachowców. W końcu ona jest  architektem, a on historykiem sztuki i dobrze wiedzieli, że poradzą sobie sami. – Potraktowaliśmy to miejsce jak dzieło sztuki opowiadające o naszych uczuciach do świata, ludzi, natury, starych domów, które mają duszę i trzeba do nich podchodzić z wielkim szacunkiem – mówią. To właśnie z tego powodu nie wpuścili do Belkovic obcych, a nie dlatego, ż̇e nie chcieli wspierać́ lokalnych rzemieślników. – Ale nie tylko o to chodziło – mówi Peter. – Chcieliśmy być dumni z tego, że stworzyliśmy nasz dom własnymi rękami. 

Na szczęście ściany z głazów i ręcznie wypalanej cegły przetrwały w doskonałej formie. Wystarczyło je delikatnie naprawić i oczyścić. Nie malowali ich, pozwalając kamieniowi na taki sam oddech jak sto lat temu. Chłó́d ocieplili drewnem z odzysku i tkaninami, któ́rych faktury i kolory nawiązują do przyrody za oknem. Cierpliwie odnawiali meble i rodzinne starocie. Jednym z nich jest konik stojący na odrestaurowanej komodzie. Daniela dostała go od babci czterdzieści lat temu.
 

PIEC kaflowy jak z bajki

 
Jego kolor przypomina niezapominajki, których wiosną wokół stodoły zakwita mnóstwo. Ogród i las pokrywa wtedy delikatny niebieski dywan. Daniela, zakochana w tym widoku, kombinowała, jak tu zatrzymać kolor na cały rok. I wymyśliła: zerwała bukiet i poszła do zduna, prosząc o piec kaflowy w odcieniu kwiatów. – Popatrzył na mnie zdumiony, bo z tak szalonym pomysłem spotkał się pierwszy raz w życiu – wspomina. – Ale postarał się i kafle  wyszły cudnie. Piec stanął między kuchnią a salonem. Dzieci i kot Simon go uwielbiają. Czytamy przy nim bajki. 
 
Drugim bohaterem domu jest ogromny stół z dwóch starych ław kupionych w przedszkolu (dzieci w zamian dostały nowe, a oni zabrali te solidnie spatynowane). To ulubieniec dorosłych. – Nasi przyjaciele zajadają się przy nim specjałem pani domu, ciastem marchewkowym. – Niestety, nie ma za rogiem cukierni, tak jak w Pradze – uśmiecha się Peter. – A może na szczęście?
 
Tekst: Joanna Halenia, współpraca Michał Gulajski
Stylizacja: Michał Gulajski
Zdjęcia: Piotr Mastalerz
 
Weranda Country nr 11/2018