Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Święta na angielskiej prowincji

 
 
U Philippy i Phila święta trwają dłużej. Przez cały grudzień rodzina ubiera dom na Wigilię i szykuje smakołyki. Gdy przyjadą goście, wystarczy tylko zapalić świeczki.
 

Święta jak za dawnych lat

 
Absolutnie kochamy Boże Narodzenie – mówi Philippa Heath. – To magiczny czas dla całej naszej rodziny. Urodziłam się tydzień przed Wigilią, w grudniu braliśmy z Philem ślub. Cały ten miesiąc pachnie magią i cudownymi wspomnieniami. Dlatego szykujemy święta jak za dawnych lat. Sprawia nam to radość, czujemy się, jakbyśmy żyli w bajce. Od początku grudnia chodzimy z córką Bess do lasu, zbieramy gałązki, robimy dekoracje w kształcie serc, gwiazd i reniferów, malujemy je na biało. W okolicy przesilenia zimowego jesteśmy gotowi do świętowania i wyczekujemy pierwszej gwiazdki – dodaje.
 

wymarzony dom w lesie

 
Miejsce, w którym się osiedlili przed laty, nawet bez stylizacji wygląda jak z bajki. Grało nawet w filmie, i to nie byle jakim, bo w „Dumie i uprzedzeniu” według Jane Austen. To Derbyshire – olbrzymie wiekowe lasy Peak District, prastare, porośnięte trawami Góry Pennińskie, poprzecinane dolinami rzek, pełne krasowych jaskiń i wodospadów. Pobliski Chatsworth House uchodzi za najpiękniejszą wiejską rezydencję w całej Anglii. Zapierające dech w piersiach, filmowe Pemberley, rodowe gniazdo pana Darcy’ego... Na widok domostwa i okolicy pannie Lizzie Bennet opadła szczęka, dosłownie. Podobnie zresztą jak państwu Heath, gdy tu przyjechali pierwszy raz w poszukiwaniu wymarzonego domu. Nie mieli wątpliwości, że spędzą w tych okolicach razem życie. Phil akurat skończył służbę oficerską w marynarce wojennej, Philippa była pielęgniarką. Razem pływali po morzach, teraz szukali równowagi, ukojenia, piękna i spokoju.
 
reklama
 
Ich kamienny domek wprawdzie nie umywa się do wielkiej rezydencji po sąsiedzku, ale z pewnością pamięta czasy Jane Austen. Zbudowano go w 1800 roku w malowniczej dolinie przy samym lesie, z lokalnego wapienia i piaskowca. Dawniej mieszkali w nim pomocnicy młynarza. Do naszych czasów dotrwał, ale w kiepskim stanie. Remont trwał długo, bo młodzi wszystkie oszczędności wydali na kupno posiadłości. Meble robili więc sami albo wynajdowali je na wyprzedażach i starociach, albo dostawali od przyjaciół. Od 1992 roku, gdy się wprowadzili, wiele się tu zmieniło. Dobudowali drugą kondygnację, powiększyli kuchnię, dodali sypialnie. Zrywy remontowe następowały wtedy, gdy okazywało się, że znowu zostaną rodzicami.
 

Domek nie przypomina typowego angielskiego cottage

 
To dzięki wycieczce do Norwegii i Szwecji. Była bardzo pouczająca i doprowadziła do małej rewolucji. Dom zmienił kolory z ciemnych na jasne. Tylko tyle i aż tyle. Philippa: – Mieszkamy na wsi, mamy kaczki, kury, psy, koty, czasem wpadamy z dworu w butach. To nie są wylizane, czyste wnętrza. Tymczasem lekkość i jasność stylu skandynawskiego daje złudzenie czystości!
 
I dodaje: – Domy, które tam widziałam, zainspirowały mnie do używania rustykalnych brzozowych kłód jako stołów, taboretów, do mieszania naturalnych materiałów z czystymi, malowanymi na gładko powierzchniami. Ponieważ jednak ich styl zależy głównie od tego, że nie mają nadmiaru gotówki, aby wyjść i po prostu kupić coś nowego, zmieniali to, co już mieli. – Dobra farba może zdziałać cuda – dodaje Phil, zachwalając firmę Farrow & Ball, która ma prawie stuletnie tradycje, specjalizuje się głównie w naturalnych odcieniach i robi barwniki przyjazne środowisku. Kolory wyróżniają się wspaniałymi szlachetnymi matowymi odcieniami takimi jak śmietankowy, gołębi lub écru. – Nie była to tania farba, ale odmieniła dom nie do poznania. Żona uzależniła się od malowania, biegała nieustannie po domu z pędzlem – żartuje – bałem się, że gdy postoję dłużej w jednym miejscu, to i ja nagle zmienię kolor. 
 

Święta na angielskiej prowincji

 
Zapada wieczór. Meble i gałązki zawieszone pod sufitami dawno pomalowane, ciasta upieczone, indyk dochodzi w piekarniku. W całym domu pachnie świętami. Gospodarze czekają na gości. Zaraz pewnie nadjadą, muszą przecież zdążyć przed pierwszą gwiazdką. Klan jest wielki, przyjedzie 20 osób, w tym aż ośmioro dzieci. – Jedno jest pewne, nie zapowiada się cicha noc – śmieją się. – Będzie bieganie i tupanie po schodach, ale Phil i ja czekamy na ten dzień jak na żaden inny. W tym roku w ostatniej chwili przypomnieliśmy sobie, żeby na furtce zawiesić marchewkę dla renifera Rudolfa. Inaczej Mikołaj mógłby nas nie znaleźć w tym lesie.
 
Dzieci też mają swoje rytuały: po kolacji robią coś w rodzaju kapsuły czasu, którą napełniają ulubionymi ozdobami, złotymi monetami i listami. Piszą je same do siebie i czytają w następną Wigilię. – A my przysłuchujemy się cicho zabawie. Niesamowite, jak przez dwanaście miesięcy zmienia się życie – mówi Philippa.
 
 
Tekst: Joanna Halena, Naomi Jones 
Stylizacja: Naomi Jones/Narratives   
Zdjęcia: Brent Darby/Narratives 
Weranda Country 12/2017

Zobacz również: