Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Chata na wydmach

Na białym tle wszystko lepiej widać. Każdy sęk, plecionka czy prosta tkanina używana w Indiach jako sari mogą być ozdobą. Zdjęcia: Jeltje Janmaat/House of Pictures  
 
 

Kto tu mieszka?
Elisabeth Borger i René Douma oraz ich dziewięcioletnia córka Merel.
Oboje wychowaliśmy się na wsi. I obiecaliśmy sobie, że naszej córce też zafundujemy takie fajne dzieciństwo jak nasze. Nad morzem – mówi Elisabeth.

Dom nad morzem

Tu morze nigdy nie daje o sobie zapomnieć. Do plaży idziemy kilka minut spacerkiem. Mieszkanie w takim sąsiedztwie to coś niesamowitego, nic nie umywa się do przyjemności, jaką daje przesypywanie piasku między palcami, a widok na wielką, otwartą przestrzeń, gdzie woda spotyka się z niebem, jest bezcenny. Nawet kiedy morza nie widać zza mgły, wciąż słychać szum fal rozbijających się o brzeg.

To koi i wycisza – opowiada architektka wnętrz Elisabeth Borger. – Ja i mój mąż René wychowaliśmy się na wsi. Oboje wspominamy tamten czas jako nieustające wakacje. Tęskniliśmy za takimi klimatami. Jesteśmy ze sobą od 23 lat i już na samym początku ustaliliśmy, że jeśli kiedyś się przeprowadzimy, to właśnie w te okolice – Schoorl leży na półwyspie Marken niedaleko Amsterdamu.

Między wydmami. Wcześniej przez 13 lat mieszkaliśmy w mieście, zresztą pięknym, bo Haarlem jest pełen zabytków, galerii sztuki, bibliotek. Ale na wakacje zawsze jeździliśmy na plaże w Bergen aan Zee, gdzie rodzice mają domek letniskowy. W końcu zdecydowaliśmy, że sami coś kupimy.

Architektura z lat 30.

Nasz dom jest położony w zacisznym miejscu, między wydmami. Został zbudowany w latach 30. z myślą o wakacjach, dlatego jest taki prosty. Dla naszej trójki wydawał się idealny. Ma ogromny taras, ciągnący się wzdłuż całej dłuższej ściany. Tu zaczynamy i kończymy dzień – rano siadamy na chwilę przy porannej kawie, a wieczorem palimy drewno w kominku. Z tarasu mamy fajny widok na ogród i szpaler świerków, których w tej okolicy rośnie mnóstwo. Nasze są jednak bardzo okazałe, bo sadzono je wtedy, gdy powstawał dom. Merel, nasza córka, uczyła się między nimi jeździć na rowerze.

Wszystko na biało

Najważniejsze było światło. Podnosiliśmy więc sufity, burzyliśmy ściany, żeby wpadało go jak najwięcej. Pogoda bywa tu kapryśna, więc liczy się każdy przebłysk słońca. Co się dało, pomalowaliśmy na biało – ściany, deski na podłogach, drzwi, schody, niektóre meble, stropy. Bo nie tylko światło lubi biel, ja także. Od czasów studiów na wydziale dekoracji wnętrz mam do niej ogromną słabość. Zaraziłam się tą miłością od mojego profesora, Jana des Bouvriego, słynącego z zamiłowania do prostych linii i bieli. On też nauczył mnie, żeby w projektowaniu myśleć przede wszystkim o ludziach, a nie o przedmiotach. Bo nawet najpiękniejsze, jeśli będą wyniosłe, chłodne i onieśmielające, nie dadzą nikomu radości.

Dlatego bardzo starałam się tę moją bryłkę lodu jakoś ocieplić – śmieje się Elisabeth. Mam nadzieję, że kiedy goście siadają do stołu na starych, trochę zniszczonych krzesłach, to czują, że w tym domu się żyje, a nie chodzi na palcach. Drewno i mnóstwo futer także działają jak ocieplacze.

Pamiątki z podróży

Domu nie da się urządzić w kilka dni. To, co tu mamy, zbieraliśmy latami. Piękne przedmioty zazwyczaj znajduje się przypadkowo, jadąc do pracy, szukając prezentów dla przyjaciół, oglądając wystawy na spacerach po mieście. Ale my najwięcej zwozimy z podróży. Na nadbagaż wydaliśmy już chyba majątek – śmieje się Elisabeth. – Mamy narzuty uszyte z indyjskich sari, drewniane ramki z RPA, tureckie miski. Z Azji wróciłam zakochana w bambusie. Ujmuje mnie prostota tego drewna, jego lekkość, to, że na pierwszy rzut oka wydaje się czymś kruchym i delikatnym, a to tylko pozory. Mamy bambusowe rolety w salonie, które malowniczo filtrują światło, krzesła, wieszak, kratkę, na której zawieszam rysunki i zdjęcia. Gdy coś mi się spodoba, zamykam oczy i wybieram, dotykając.

Dlatego od zawsze ciągnie mnie do przedmiotów robionych ręcznie w małych manufakturach, z miłością i troską. To się w nich czuje,
są naładowane emocjami i energią. Przekazują ją potem domowi.

W moim sklepie L’Etoile sprzedaję podobne rzeczy – tylko takie, które postawiłabym u siebie. Rękodzieło, i to starannie dobrane. Nieustannie po całym świecie szukam ciekawych artystów i rzemieślników. Przyjaciele wiedzą, że mam takiego hopla, często pomagają mi i tropią fajne przedmioty, gdy jeżdżą na wakacje.

Wierzę w to, że kiedy kupuję rękodzieło, zapraszam do naszego domu ludzi, którzy je stworzyli. Ich energia towarzyszy mi potem każdego dnia.

Tekst i zdjęcia: Jeltje Janmaat/House of Pictures
Opracowanie: Katarzyna Szczerbowska

reklama
Weranda Country nr 2/2016

Zobacz również: