Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button


Kafle i stare koronki

Smuiger w salonie, czyli tradycyjny kaflowy kominek, dziś już rzadko spotykany. Zdjęcia: Jeltje Janmaat  
 
 

Kiedy Nadine trafiła na to ogłoszenie w internecie, wiedziała, że musi się spieszyć. Takie domy rzadko wystawiane są na sprzedaż. A jeśli już, kosztują fortunę, bo Holendrzy oszaleli ostatnio na punkcie tradycyjnej architektury.

„Sprzedam dziewiętnastowieczny dom z ogrodem na przedmieściach Zaandam, w malowniczym regionie młynów i wiatraków, 15 km od Amsterdamu...”. Na zdjęciu zgrabna piętrowa ciemnozielona chatka, białe okiennice, ceramiczna dachówka. Typowy „zaans”, z jakich słyną rodzinne strony Nadine w holenderskim regionie Zaanstreek. No, po prostu bajka!

Dalej wszystko potoczyło się błyskawicznie: telefon do właściciela, ściągnięcie narzeczonego z pracy, by pojechał z nią obejrzeć dom, przekonanie rodziców... O dziwo, zgodzili się pożyczyć pieniądze (Nadine jeszcze studiuje), a nawet przyjąć ją i Rika na czas remontu pod swój dach. Klamka zapadła!

Dom nie jest duży, ma 120 metrów, ale dokładnie taki, jaki sobie z Rikiem wymarzyli, snując plany o wspólnej przyszłości. W salonie na parterze czekała na nich niespodzianka – oryginalny smuiger, czyli tradycyjny kaflowy kominek, dziś już rzadko spotykany. W idealnym stanie! Kiedy Nadine go zobaczyła, wiedziała, że będzie pasował do stylu gustawiańskiego, skromnego i wyrafinowanego zarazem, w którym chciała urządzić dom. Rokokowe meble z pastelowymi obiciami, a na ścianach i podłogach bielone deski.

Robiąc biznesplan, zorientowali się, że z większością prac poradzą sobie sami, tyle że potrwa to trochę dłużej. Rik jest stolarzem, Nadine kończy w Amsterdamie szkołę dla stylistów wnętrz i lada dzień zostanie świeżo upieczoną dekoratorką. Z Rikiem swoje talenty skrzyżowali w... kuchni. On zaprojektował drewniane szafki, stół zbity z surowych desek (znalezisko z szopy w ogrodzie) i półki we wnęce za drzwiczkami à la okiennice, gdzie Nadine trzyma swoją minikolekcję porcelany. Ona dopasowała lampy. Wszystkie zaprojektowała sama.

A przy okazji odkryła nową pasję. Najbardziej napracowała się nad abażurem ze starej koronkowej serwety – odświeżoną i nakrochmaloną naciągnęła na stelaż. Nadine wciąż coś przerabia – a to z koca uszyje poduszkę, a to z szydełkowego dywanika zrobi siedzisko taboretu. Jej ręce nie znoszą bezczynności.

W tym domu czas odmierza duży zegar stojący, robiony na wzór zabytkowych szwedzkich zegarów z miasta Mora. Nadine widziała podobny w słynnym filmie z Diane Keaton i Jackiem Nicholsonem „Lepiej późno niż później”. Oryginalne są dziś praktycznie niedostępne, bo nikt już takich nie produkuje. Nadine kupiła współczesną kopię i żartuje, że nie ma tego złego, bo stare podobno strasznie głośno chodzą, a ten pracuje ciszej. Gdy zasypia wieczorem w sypialni na piętrze, pod samym dachem, słyszy jego rytmiczne tykanie. I bardzo to lubi. Zwłaszcza gdy zegarowi przygrywa wiatr w kominie.

Tekst i zdjęcia: Jeltje Janmaat
Opracowała: Dorota Szatańska

reklama
Weranda Country nr 3/2015

Zobacz również: