Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Kolorowa farma

Kolorowa farma Zdjęcia: Jean-Marc Wullschleger/Living Agency  
 
 


To jest nasza prywatna wyspa. Wyspa bardzo szczęśliwa – śmieją się Larissa i Peter. I wcale nie chodzi o kawałek lądu otoczony morzem, ale o stare gospodarstwo w małej duńskiej wsi.

Gdy Larissa i Peter kupili gospodarstwo, pachniało w nim jeszcze krowami. Poprzedni właściciel, rolnik-serowar, tu się urodził i mieszkał przez 60 lat. Dom sąsiadował ze stodołą i ogromnym budynkiem, w którym stały zbiorniki na mleko. Była też piwniczka z wielkimi zlewami, w której sery leżakowały albo w solance spokojnie czekały na sprzedaż.

Czternaście hektarów ogrodu ze starymi drzewami i malutką rzeczką-kanałkiem, a na niej stara farma zamieniona w superwygodny dom dla czterosobowej rodziny. I wszystko zrobione tak, by jak najmniej szkodzić naturze.

reklama

Dom ogrzewa więc pompa ciepła (zasilana czterema źródłami wody z głębokości 125 metrów). Do prania i toalet używa się deszczówki. Na ścianach – naturalne, gliniane tynki (glina z holenderskiej rzeki Waal), przyjemnie ciepłe zimą i chłodne latem, do tego utrzymujące zawsze odpowiednią wilgotność. Wszystko pomalowane wodnymi farbami. Co tylko się dało – zrobione z drewna znalezionego na farmie. Między innymi dwie szafy do sypialni – jedna z dawnego łóżka pokojówki, druga z desek po rozebranej stodole, które już wcześniej pochodziły z odzysku, bo zdjęto je ze starych wagonów kolejowych.

Larissa i Peter ocalili wszystko, co można było zachować. Terakotę poprzedni właściciele ukryli pod drewnianą podłogą – u nich trafiła do łazienki. Dębowe belki na sufitach w sypialni i pokojach dzieci są oryginalne i mają 150 lat. To z pewnością nie przypadek, że Larissa, która jest projektantką wnętrz, i jej mąż, z zawodu deweloper, kupili dziewiętnastowieczną farmę. Tylko taki team mógł sobie poradzić z tym zadaniem – ona zajęła się urządzaniem, a on pilnował remontu i przebudowy.

Szybko okazało się, że ich wymarzone 560 metrów potrzebuje nowego dachu, ścian, podłóg, sufitów, ba, nawet „uzdrowienia” fundamentów i lekkiego przywrócenia do pionu. Trzeba było użyć 40 podnośników, by farma znów stanęła prosto! – Ale nic nie było nas w stanie zniechęcić do tego gospodarstwa. Kiedy weszliśmy do środka pierwszy raz, poczuliśmy się jak w małej prywatnej katedrze, tyle było miejsca – wspomina Peter. A oni przestrzeń cenią najbardziej. Teraz i w domu, i w ogrodzie mają jej pod dostatkiem. Jak to na prywatnej wyspie.


Tekst: Tina Hom/Living agency
Zdjęcia: Jean-Marc Wullschleger/Living Agency
Tłumaczenie: Katarzyna Sadłowska

Weranda Country nr 2/2013