Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Klejnot francuskich Alp

Klejnot francuskich Alp Zdjęcia: Brian Harrison/Red Cover, Stylizacja: Carolyn Harrison/RED Cover  
 
 


Philippe Charriol przez całe życie zajmował się szlachetnymi kamieniami. Swój własny klejnot odnalazł we francuskich Alpach, w miejscowości Megève.

Philippe to człowiek światowy. Jest artystą, znanym jubilerem i zegarmistrzem. Pracuje w Genewie, jednak już dawno temu poczuł, że musi znaleźć spokojne miejsce dla siebie i żony. Obejrzeli mnóstwo górskich chat, położonych w po obu stronach granicy francusko-szwajcarskiej. Gdy jednak zobaczyli Chalet le Sartro w Mege`ve, inne przestały się liczyć. – Pamiętam wysokie jodły otaczające dom i ten niesamowity widok w dół, na wioskę – wspomina żona Phillippe’a, Annick. – A najważniejsze było to, że dom pochodził z lat czterdziestych. Styl tej epoki szczególnie nam przypadł do gustu. Dodatkową atrakcją była znajdująca się na wzgórzu za domem XIX-wieczna droga krzyżowa. Nadawała klimat całej okolicy. Historia Chalet le Sartro ma swój początek w latach dwudziestych ubiegłego stulecia. Wtedy Mege`ve było wioską zagubioną gdzieś wśród gór, w cieniu szwajcarskiego kurortu St. Moritz. Wszystko zmieniło się, gdy pojawił się tu baron Edmund de Rothschild. Gwar i popularność St. Moritz zmęczyły go i postanowił znaleźć sobie własne miejsce, ciche i na uboczu. To jemu i jego rodzinie francuski architekt Le Meme zaprojektował kilka domków. Tak powstał Chalet le Sartro.

reklama

Le Meme w roku 1983 był już mocno starszym panem, ale chętnie pomógł przy przebudowie zaprojektowanego niegdyś przez siebie domu. Nieznacznie przesunął linię dachu, dzięki czemu powiększył go i znalazło się miejsce na przestronną kuchnię i jadalnię. Najważniejsze było jednak usunięcie ścian z bawialni. Wcześniej urządzono w chacie górskie niewielkie schronisko – pomieszczenie podzielono na małe pokoiki. – Było klaustrofobicznie – wspomina Annick.

Stworzyli zatem jeden wielki pokój i zmienili kolor drewnianych ścian z ciemnego na przyjemnie miodowy. Piękny kolor drewna został połączony z tkaninami – splotem satyny z wełną. Od razu zrobiło się przytulniej. Pokój ma trzy strefy. W jednej pokryte alpaką sofy stoją wkoło dwustronnego kominka. W przeciwnym rogu znajduje się stół z lat czterdziestych – idealne miejsce na wieczór przy kartach czy warcabach. Tuż obok stoją skórzane fotele i kanapa. Do trzech sypialni na górze wiodą potężne dębowe schody. – Wyglądają trochę jak wielki, nierówny stos drewnianych monet – komentuje Philippe – ale uwielbiamy solidną architekturę, bez delikatnych detali. Dlatego wykonanie części mebli, takich jak półki czy komody, zleciliśmy miejscowemu stolarzowi.

Pozostałe meble to trofea wypraw do antykwariatów i miejscowych sklepików ze starociami. Ma być stylowo, ale z akcentem na lokalność i przywiązanie do tradycji Mege`ve. A największą dumą gospodarza jest oryginalny model samolotu Saunier, pochodzący z lat trzydziestych. – Ten dom to nasz skarb, tu naprawdę żyjemy własnym rytmem, tu nabieramy sił na czas, kiedy przyjdzie, niestety, wracać do miasta – opowiada Annick. – Ale jesteśmy tu tak często i długo, jak się da, bo czy można nie kochać domu, pod którego drzwi zjeżdżamy z gór na nartach?


Tekst i Stylizacja: Carolyn Harrison/RED Cover
Tłumaczenie: Stanisław Gieżyński
Fotografie: Brian Harrison/Red Cover

Weranda Country nr 1/2008

Zobacz również: