Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button


Samotnia wśród szczytów

Samotnia wśród szczytów Zdjęcia: Pauline Joosten  
 
 


Powietrze czyste jak kryształ, świerki sięgające nieba i białe szczyty gór. Oto sceneria niezwykłej alpejskiej osady. Zanurzona po szyję w gorącej kąpieli, podziwiasz zachwycające widoki.

Zbudować dom – oto wyzwanie i spełnienie marzeń. Ale postawić całą wioskę? Na taki ruch mógłby zdecydować się tylko szaleniec – śmieje się Karl Steiner, który właśnie wyszedł na człowieka niespełna rozumu. Bo w przepięknej, górzystej Karyntii zbudował... niewielką wioskę. Kilkanaście drewnianych domków stoi w pobliżu górskiego zbocza, tuż obok przepływa strumień, jest nawet niewielki staw, w którym latem można się kąpać. Wioska Almdorf Seinerzeit to projekt komercyjny – każdy może sobie wynająć jeden z domków na wakacje. Ale dla Karla to miejsce to coś o wiele więcej.

– W Karyntii spędziłem całe życie, moja rodzina mieszka tu od pokoleń – opowiada. Przez lata pracował jako hotelarz, w końcu postanowił „pójść na swoje”. Pomysł hotelu-wioski to swoisty powrót do dzieciństwa, zagubionych w pamięci widoków drewnianych chat, zapachu dymu z komina i świeżego siana w sienniku. – Nie chciałem postawić martwego skansenu – mówi Karl. – Bo każde miejsce żyje dopiero wtedy, gdy zamieszkają w nim ludzie: pracują, wypoczywają, jedzą, śpią.
Tak powstał Almdorf Seinerzeit.

reklama

W wiosce Karl połączył tradycję z nowoczesnością. Wszystkie chaty są drewniane, budowane w dokładnie taki sposób, jak przez wieki robili to miejscowi. Znalazł fachowców, którzy jeszcze pamiętają tę sztukę. Jak to dawniej bywało, drzewa na budowę zostały powalone wiosną i jesienią, gdy krąży w nich mało soków. Projekty domów oparto na okolicznych budowlach, inspiracją były też stare fotografie, przedstawiające życie Karyntii z początku wieku. Przed każdym budynkiem stoi obowiązkowo ławeczka. – To najważniejsza część obejścia – śmieje się Karl. – Tutaj gospodarze siadywali po pracy, obserwowali życie wioski. Dziś spoczywają na nich turyści z książką na kolanach i kieliszkiem w dłoni.

Każda chata ma dwie sypialnie, dwie łazienki i kuchnię połączoną z jadalnią. Dla chętnych leżą na łóżkach pachnące sianem sienniki, ale można poprosić także o zwykły materac. W kuchni króluje ogromny opalany drewnem piec. Każdego ranka ktoś z obsługi rozpala w nim ogień. Przygotowuje także śniadanie dla gości, jeśli akurat sami nie mają ochoty stać przy garnkach. Proste meble do każdego domu zrobili okoliczni stolarze. Oni również postarali się o nietypowy, drewniany wystrój łazienek. Dla chętnych w osobnej chacie umieszczono wielkie drewniane balie, w których można wziąć długą kąpiel.

– „Tradycja to nie patrzenie w popioły, lecz niesienie dalej płomienia” – cytuje Tomasza Morusa Karl. Dla niego Almdorf Seinerzeit to nieco nostalgiczny powrót do dawnych czasów, ale i żywy projekt, który ma tę pamięć podtrzymać. Najważniejsze jest jednak to, że turyści chętnie przyjeżdżają do jego wioski. A kto raz poczuł ducha Karyntii, będzie tutaj wracał.


Tekst: Stanisław Gieżyński, Margriet de Groot
Fotografie: Pauline Joosten

Weranda Country nr 2/2011

Zobacz również: