Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Wielkie przygotowania do świąt

Jadalnia Wokół stołu toczy się życie. Zdjęcia: Aleksander Rutkowski, Stylizacja: Jolanta Musiałowicz  
 
 


To ich trzecie święta w Strzepczu. Będzie śledź w oleju lnianym, karp w szarym sosie, rosół rybny i koniecznie gęś. Gości zapowiedziało się tylu, że Artur Moroz już od listopada piecze, gotuje i wędzi.

SPOTKANIE. Jest mistrzem od ryb. Ale Warszawę zamienił na Kaszuby nie dlatego, że w morzu jest ich więcej niż w Wiśle. – To był młodzieńczy impuls, miałem 25 lat – uśmiecha się Artur i wkłada do pieca natartą majerankiem gęś. – Przyjechałem do Sopotu, bo czułem, że spotkam tu żonę. Siedziałem z kolegą na Monciaku, gdy zobaczyłem Dorotę. Patrzę na kobietę jak kucharz na danie. Tu wszystko było idealnie. Zakochałem się jak szesnastolatek. Oglądaliśmy codziennie zachody słońca nad morzem. Oświadczyłem się po czterech miesiącach.

DOM. Wokół drzewa: stuletni kasztanowiec, buki, dąb, jarzębina. Stare grusze, śliwy i jabłonie wciąż owocują. Jest staw i drewniany domek na drzewie. Zimą pod płot podchodzą sarny, borsuki i jenoty. Przy domu rządzą koty Czarnuś, Karmel i Rudolf. Wiosną polana czerwieni się od poziomek, jesienią parę kroków stąd rosną podgrzybki. Nad strychu mieszka rodzina nietoperzy.

Strzepcz znaleźli, gdy znajomi zaprosili ich na imieniny na kaszubską wieś. Siedlisko z domem 420 m². kosztowało ich tyle co dwupokojowe mieszkanie w Gdańsku. Ustalili, że wyremontują na razie kuchnię i łazienkę. Nagle okazało się, że kucharz ma talent architekta. Wymyślił wszystko, od progu po dach. Jeździł po Żuławach i podglądał kaszubskie domy. Zostawił starą konstrukcję, ale rozbudował ją i unowocześnił (było tak nisko, że wchodząc, schylali głowy).

reklama

– Strzecha to cudowny wynalazek – zachwala. Działa jak termos. Latem się nie nagrzewa, zimą trzyma ciepło. Najsilniejsze wiatry są u nas od wschodu, więc tę stronę najbardziej zabezpieczyłem. Część dzienna jest od południa, jadalnia i weranda od zachodu, sypialnia od północy. To mądrość tego domu, osoby, która go budowała – mówi Artur. Gdy wreszcie po trzech latach spytał żonę, czy zamieszka w Strzepczu, powiedziała: „Tak”. Z córeczką Rozalką spędzą tu już trzecie święta.

KUCHNIA. Jedni tygodniami wybierają kanapy, inni stoły czy lampy. Artur kilka miesięcy szukał kuchenki. W końcu zdecydował się na ręcznie robioną, włoską Ilve. Trzy razy większa od zwykłych, ma dwa piekarniki, grill i fajerkę. Tuż obok pan Jan, zaprzyjaźniony zdun, wybudował piec chlebowy do pieczywa, pizzy i jagnięciny. Pancerna szyba to zejście do spiżarni. Pod podłogą chowa się jak w sejfie konfitury, marynaty, kiszonki i pachnące wino śliwkowe.

ŚWIĘTA. Już w listopadzie Artur kupuje gęś – jak ta w piecu – w Kołudzie Wielkiej, bo tam są najlepsze. Na przystawkę szykuje lokalne przysmaki: ikrę z turbota – obsmażaną w maśle, a później marynowaną w zalewie octowej z marchewką i cebulą, śledzie w oleju lnianym i w suszonych borowikach. Barszcz, rybny rosół, pierogi z kapustą i grzybami, uszka z kurkami. Do tego karp w szarym sosie z rodzynkami, migdałami, chrzanem i czerwonym winem, szczupak z kaszubskich jezior albo bałtycki dorsz. Wszystko oczywiście postne.

Świeże ryby to podstawa. Artur wie o nich pierwszy, gdy znajomi rybacy z Sopotu i Władysławowa dzwonią do niego, jak tylko przybiją do portu. – Bardzo lubię niedocenianego dorsza. Inny jest z otwartego morza, inny z zatoki – opowiada. Im prościej zrobiony, tym lepszy. Wystarczy go usmażyć z dodatkiem soli i pieprzu. Ale najszlachetniejszy jest podobny do flądry turbot, biały i delikatny.

Pierwszy i drugi dzień świąt to mięsa. Jagnięcina od sąsiada, który hoduje owce. Dziczyzna od zaprzyjaźnionego myśliwego. Na wspomnienie słoniny gospodarza, podawanej z piklami, znajomym cieknie ślinka – naciera ją solą morską, miesiąc trzyma w suchej soli i lekko podwędza.

Artur zagląda do pieca. – No, chyba gotowa – mówi do Rozalki, która coraz częściej pomaga tacie w kuchni. Razem wyciągają rumianą gęś. – Uwielbiam ten zapach. Bez karpia w szarym sosie i gęsi święta się nie liczą.


Tekst: Monika Kucia, współpraca Barbara Grabowska
Stylizacja: Jolanta Musiałowicz
Zdjęcia: Aleksander Rutkowski

Weranda Country nr 1/2014

Zobacz również: