Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Białe królestwo ze skrzypiącymi schodami

Białe królestwo Kto tu mieszka? Helena Blom, fotograf wolny strzelec, jej mąż Göran oraz dwoje dzieci: siedmioletnia Emma i dziewięcioletni Elliot.
 
 

Powrót do rodzinnego domu bywa trudny,  ale i... cudowny. 13 lat temu Helena zabrała do niego swojego męża Görana.

Gustafs ma wszystkie cechy cichego miasteczka i jeszcze cichszej wsi. Siedlisko leży w środkowej Szwecji, niedaleko Borlänge, w miejscu, gdzie rzeka Dalälven gwałtownie skręca na północny wschód. Nieopodal rzecznego łuku, w domu z przełomu XIX i XX wieku urodziła się i wychowała Helena Blom. 13 lat temu, gdy gospodarstwo rodziców wystawiono na sprzedaż, postanowiła stanąć oko w oko z przeszłością.

– Moja matka długo chorowała – wspomina Helena. – Kiedy odeszła, wahałam się, co zrobić z domem. Skończyłam studia, byliśmy z Göranem już od kilku lat i zdecydowaliśmy się zamieszkać razem. „Może wprowadzić się na starą farmę?”, pomyślałam. Ale trzeba tam wszystko zmienić...

Wiekowy dom dostał drugą szansę. Po latach renowacji i remontów zachował czar: rustykalne podłogi z desek, skrzypiące schody, piec kaflowy i tradycyjną kuchnię węglową. Reszta to dzieło Heleny i Görana.

Helena też dostała swoją drugą szansę od… domu. Po przeprowadzce zainteresowała się projektowaniem wnętrz. Wiele pomysłów, które znalazła, przeniosła do siebie. Zamiast zdawać się na fachowców, Göran zakasał rękawy. A Helena obfotografowywała efekty ich wspólnych działań i wrzucała fotki na blog. Jej pomysły robiły coraz większe wrażenie na internautach. Wpis gonił wpis, a przebudowa – przebudowę. Na urlop wyjechali dopiero pięć lat po przeprowadzce. Wcześniej każdą wolną chwilę poświęcali tworzeniu domu swoich marzeń.

– Kiedy przesuwaliśmy pierwszą ścianę, dotarło do mnie, że od teraz będzie tu zupełnie inaczej – wspomina Helena. – I że rodzicom mogłoby się to nie spodobać.

A było – mówiąc bez ogródek – paskudnie. Wykładziny PCV i kokosowe dywany z lat 70. pierwsze wylądowały na śmietniku, a zaraz po nich znikła ceglana ściana oddzielająca kuchnię od jadalni. W efekcie z ciasnawego ponurego pomieszczenia powstała jasna, przestronna kuchnia.

– Zależało nam na stworzeniu klimatu starego domu na wsi ze wszystkimi tymi progami, skrzypiącymi schodami i odsłoniętą konstrukcją dachu na piętrze. Usunięcie ciemnych sosnowych paneli i pobielenie ścian dało pomieszczeniom więcej oddechu.

– Blog otworzył przede mną wiele drzwi, mimo że kilka lat temu z powodu choroby przestałam go prowadzić. Jednak to dzięki niemu dotarłam do miejsca, w którym dziś jestem – opowiada Helena. Dwa lata temu ostatecznie rzuciła ciepłą posadkę w biurze i raz jeszcze zaczęła wszystko od nowa. Już nie jako broker, skądinąd rewelacyjnej szwedzkiej stali, ale jako fotograf i wolny strzelec.

– Marzyłam, żeby robić coś twórczego. Chciałam być i sterem, i żeglarzem, i okrętem. Całe lata nie potrafiłam się jednak zdobyć na odwagę. Dzięki chorobie wsłuchałam się w to, co od dawna grało mi w duszy, i postanowiłam w końcu spełnić swoje marzenia.

Głównym powodem, dla którego Helena zrobiła w życiu rewolucję, było jednak przekonanie, że za mało czasu spędza z dziećmi. Poza tym nowe zajęcie pozwalało jej prowadzić zdrowy tryb życia, co po pokonaniu nowotworu jest bardzo ważne. – Dzięki temu, że regularnie jadam, dużo spaceruję i nigdzie się nie spieszę, świetnie się czuję. I będę się też dobrze czuć w przyszłości – śmieje się.

W jej projektach antyki są na takich samych prawach co plastikowe stoły i stalowe krzesła. – Uwielbiam mieszać – przyznaje. Miksuje więc kolory, faktury i materiały. Połączenie stylu country z dodatkami i meblami z metalu czy akrylu uważa za sekret udanego projektu wnętrza. W jej domu większość mebli i sprzętów pochodzi z pchlego targu i garażowych wyprzedaży, które uwielbia odwiedzać. Nowe meble pojawiają się sporadycznie. Ostatnio na przykład w salonie na piętrze stanęła czterometrowa modułowa kanapa z IKEA. W niedzielne przedpołudnia leniuchują na niej Helena, Göran, dziewięcioletni Elliot i siedmioletnia Emma. Każde siedzi na swojej części i nikt nikomu nie przeszkadza.

Dziś dom jest już dokładnie taki, jak wymarzyli sobie państwo Blom. Ale końca prac i tak nie widać. Większość z nich to bieżące naprawy: wymiana spróchniałych kawałków drewna albo izolacji na dachu.

– Poza tym najwyższy czas zająć się wreszcie meblami w kuchni. Musimy wstawić nowe, mam już coś na oku – mówi gospodyni. – I kiedyś trzeba będzie zastąpić przestarzałe centralne ogrzewanie nowoczesnym podłogowym, najlepiej geotermalnym – dorzuca Göran. A to wiąże się z kompletną przebudową...

– Ale jeszcze nie teraz – mówią zgodnie Blomowie. W końcu po 13 latach życia na placu budowy należy im się wreszcie trochę spokoju. Dlatego na wymianę ogrzewania dają sobie jakieś dwa, trzy lata. Do tego czasu są gotowi chodzić po domu zimą w grubych skarpetach.
 

Tekst: Helena Skantz   
Zdjęcia: Helena Blom/Living Inside  
Tłumaczenie: Hubert Musiał

reklama