Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Zbyt bliski kontakt z naturą

Zbyt bliski kontakt z naturą


Lato zaczęło się cudownymi upałami. W lesie nad basenem można je przeżyć z rozkoszą, pod warunkiem, że nie dowiedzą się o tym komary.

Niestety, te żarłoczne bestie mają dobrych informatorów… Szukanie kogoś, kto usunie je ekologicznie, oszczędzając zaprzyjaźnione z nami ptaki, żuki i resztę inwentarza, trochę trwało. Czekanie w kolejce na okadzanie domu postanowiliśmy skrócić wyjazdem w góry. Sądziliśmy, że nasze nogi zaprawione w pieszych wędrówkach doniosą nas bez trudu na beskidzkie górki. Na wszelki wypadek jednak wybraliśmy lajtową trasę z widokiem na Tatry i Pieniny.

Pogoda była wymarzona. Przez pierwszą godzinę podziwialiśmy rozległe, puste połoniny, cudowną ciszę, zapachy dzikiego tymianku i mięty. „Dlaczego nie jesteśmy tu częściej?”, pytaliśmy siebie zachwyceni. Nasza euforia dotrwała do pierwszej stromizny. Mój brzuch nagle nabrał ciężaru, mięśnie ud piekły, a kręgosłup, przywykły do siedzenia, zupełnie odmówił współpracy. Mąż zaczął mówić coś o rozpadającym się kolanie. Wkrótce nawet oddychanie stało się bolesne. Zapomniałam o urokach przyrody, bo pot zalewał mi oczy, a w uszach zaczęło dudnić. Gdyby nie to, że nagle zaczęli nas mijać wiekowi staruszkowie, pary z rozbrykanymi dziećmi, a nawet damy w klapkach z jazgoczącymi yorkami, padlibyśmy gdzieś pod sosną wyzionąć ducha. W tej sytuacji jednak należało zachować honor, a zgon z powodu zbyt bliskiego kontaktu z przyrodą odsunąć na później.

reklama

W końcu jakoś dotarliśmy na halę, na której przyciągnął nasz wzrok szałas z napisem Tyskie. Opadliśmy na ławy z widokiem na dolinę. Ku naszej radości wiodła stąd droga w większości biegnąca w dół. Porzuciliśmy więc pomysł wezwania helikoptera ratunkowego z zespołem reanimacyjnym. Nie wiem, czy słusznie, bo kobieta stojąca za barem na nasz widok zawołała śpiewnie: „Jezusie, a napijciez sie piwa, bo wos trafi ślag i bede miała problemy jakie jesce…”.

Szlak na szczyt postanowiliśmy ignorować, żeby zachować resztki godności. Na szczęście siedzące obok starsze, żylaste małżeństwo o twarzach noszących ślady częstego przebywania na łonie natury, zapijając jaja na twardo herbatą z termosu, dodało nam otuchy i pogratulowało kondycji fizycznej: „No, no, proszę. Minęliśmy państwa na dole i byliśmy pewni, że nie dotrzecie na halę. A stąd tylko pół godziny na szczyt, może warto spróbować? To łagodne podejście, widoki cudowne. My też po sześćdziesiątce chodzimy tylko na łatwiejsze trasy. Nie to co kiedyś”.

Zimne piwo postawiło nas na nogi. Schodząc, przyrzekaliśmy sobie, że regularne spacery po górach będą naszą stałą rozrywką. Musimy tylko znaleźć takie szczyty, na które da się czymś wjechać. Wtedy droga w dół pozwoli cieszyć się i naturą, i własną kondycją.


Tekst: Teresa Jaskierny
Fot. Andrzej Szeliński

Weranda Country nr 5/2012

Zobacz również: