Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Domowa vegeta

Domowa vegeta
 
 


W moim domu zupa to podstawa. Zwłaszcza w chłodniejszych porach roku, czyli – nie oszukujmy się! – od września do maja.

Zupy mają też tę zaletę, że w razie nagłego ataku głodu – który moim dzieciom zdarza się dość często – można je szybko i łatwo odgrzać. Wywar więc „wychodzi” u mnie bardzo szybko, podobnie jak ulubione przyprawy wszystkich domowników („vegeta”, „kucharek”, „jarzynka” czy „warzywko”).

Któregoś dnia odwiedziła mnie przyjaciółka. Sypałam właśnie vegetę do garnka, na co Kaśka wytrzeszczyła oczy w zdumieniu. – Ty, ekolog, entuzjastka zdrowego jedzenia, i tak beztrosko sypiesz vegetę? – zawołała. – Przecież to warzywa – odparłam zdumiona. – Akurat! – wycedziła z ironią przyjaciółka – przeczytaj sobie skład! Przeczytałam, potem przeczytałam też skład kostek bulionowych i, struchlała ze zgrozy, przypomniałam sobie swoją babcię. Późnym latem i wczesną jesienią suszyła warzywa, a potem mełła je razem z przyprawami na proszek. – Takich przypraw potrzebuję – zrozumiałam. Warzywa, sól (z umiarem i koniecznie morska), pieprz, czosnek. No i lubczyk. Dzieciom nie szkodzi, a mężowi pomaga! Do przepisu babci dorzuciłam kurkumę, którą dodaję do wszystkiego dla koloru i dla zdrowia (przeczytałam gdzieś, że jest silnym antyoksydantem, czyli zapewnia wieczną młodość, a to się zawsze przyda).

reklama

Z zapałem nakupiłam marchewki, pietruszki, selera, pora i cebuli, w takich proporcjach jak na rosół. Starłam, dziękując w duchu temu, kto wymyślił mój ulubiony robot kuchenny, który trze jak szatan i nie krwawią mu przy tym palce. Warzywne wiórki i cebulkę pokrojoną w kostkę rozłożyłam na papierze do pieczenia na parapecie, w słoneczku i wietrzyku. Niestety, aura mi nie sprzyjała i już następnego dnia zaczęło lać. Cóż było robić?

Nastawiłam piekarnik na 50 stopni plus obieg, wetknęłam w drzwiczki drewnianą łychę, żeby się nie domykały i czekałam. Ze trzy godziny. Wtedy nadeszła Kaśka. Zapach suszonych warzyw przyjemnie wypełniał dom. Z dumą pokazałam jej piekarnik. – Chyba zwariowałaś? – wykrzyknęła. – Masz za dużo czasu? Bierzesz gotowe suszone warzywa, tylko czytasz, czy nie ma w nich żadnego nieproszonego dodatku, i masz z głowy. Mielisz z przyprawami!  – popatrzyła na mnie z politowaniem.
 

Weranda Country nr 5/2012

Zobacz również: