Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Cudowne ocalenie

Cudowne ocalenie

 
Tak przyzwyczailiśmy się do ciepłej zimy, że tylko dzięki delikatności boksera Julka, który śpi w naszej sypialni, cudem uniknęliśmy zamarznięcia na śmierć. Przeciągi z otwartego okna przeszkadzały mu do tego stopnia, że przestał chrapać – ta dziwna cisza obudziła nas w środku nocy… W porę, bo za oknem padał śnieg, a temperatura spadła poniżej zera, brr! – Boże, ale napadało… – wzdychaliśmy rano w kuchni, przy porannej herbacie. Julek nie brał czynnego udziału w dyskusji, bo odsypiał zarwaną noc pod stołem. Koty siedziały na parapecie nad kaloryferem i oblizywały się, obserwując z wyraźnym bólem ptaki w karmniku tuż za szybami okien. Wszyscy razem czuliśmy się dziwnie zaskoczeni.Pogoda jest nieustannym źródłem stresów. Zima powinna być mroźna i śnieżna – to oczywiste więc, że cierpieliśmy, że taka nie jest. Ale gdy napadało, uważamy to za dopust boży i patrzymy z podejrzliwością w niebo. Ludzie gdzieś znikają i wszędzie robi się pusto. Nasz las, przysypany śniegiem jak dodatkową warstwą ciszy, kompletnie zamilkł.

Po śniadaniu, ubrani jak na piknik na Arktyce, postanowiliśmy śmiało stawić czoło naturze w całej jej surowości i poszliśmy obejrzeć drogę z garażu do bramy. Tak jak przypuszczaliśmy, leżało na niej z pół metra śniegu. Zdecydowaliśmy dzielnie odkopać się sami. Nie miałam jednak pojęcia, że śnieg może być taki ciężki. Mąż też wbił w niego łopatę, machnął nią parę razy i postanowił… zadzwonić do pana Romana.Niestety, pan Roman też nie mógł nam pomóc… Nie może ruszyć się z domu. sam jest zasypany i ma zepsuty rower, jak go odśnieżą, spróbuje do nas dotrzeć… Zamiast więc przedzierać się przez zaspy i ślizgać po drodze, postanowiliśmy przeczekać atak żywiołów w domu.

reklama

Zajrzałam do internetu. Mazowsze w okowach mrozu… Nagłe zamiecie sparaliżowały drogi… Polska pod śniegiem – krzyczały radośnie tytuły, nie ukrywając podniecenia autorów nadzieją na dalsze reportaże o kolejnej klęsce, jaka nas dotknęła przez ten kaprys pogody. Już pewnie czuli pod piórem te tragiczne opowieści o zamarzniętych staruszkach płci obojga, o matkach z niemowlętami uwięzionych w zaspach i wsiach odciętych od cywilizacji. Włożyłam czapkę i zagwizdałam na psy. Poszliśmy na spacer, mieliśmy cały las dla siebie. Psy dawały nura w zaspy i sadziły długimi susami, wzbijając obłoki białego pyłu. Kiedy widziałam ostatni raz taką zimę? Wiele razy… W dzieciństwie nieraz przedzieraliśmy się przez zaspy kilka kilometrów do dziadków i nikomu nie przyszło do głowy czekać na odśnieżanie. Zimy wtedy były śnieżne i mroźne, lata burzowe i gorące. I – dziś trudno w to wierzyć – nikt na nie nie narzekał.

Zrobiło mi się głupio… Zamiast cieszyć się tym dziewiczym oceanem śniegu, niemal przyłączyłam się do ogólnego biadolenia. Chyba wszystkich nas gryzie jakiś bakcyl, który sprawia, że w każdej, nawet zwyczajnej czy fantastycznej sytuacji cierpimy na chroniczne niezadowolenie. A przecież świat jest tak zdumiewająco piękny!!!


Teresa Jaskierny

Weranda Country nr 2/2012

Zobacz również: