Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button

Rozmowy przy grabieniu liści

Teresa Jaskierny


Popołudnie było tak słoneczne i ciepłe, że postanowiłam powyrywać chwasty przy płocie. Zajęta robotą, nie zauważyłam pana Romana nadjeżdżającego na antycznym rowerze. Swoim zwyczajem po grzecznym „dzień dobry” zaczął strasznie narzekać – a to na zimne, paskudne lato, a to na suszę, upały i niespotykany brak grzybów w lesie… Dziś taki dokuczliwy gorąc, a to przecież nie może być o tej porze roku normalne… Na dniach nadejdą mrozy, a przedtem ulewy i wichury. – I znowu mi zaleje piwnicę – dodał z rodzajem masochistycznej dumy. Zerknęłam na niego. Rzeczywiście! Był już w długich spodniach, a z siatki na siodełku wystawała szyjka butelki wódki. Oznaczało to pewną zmianę klimatu! Latem pan Roman chodził wyłącznie w krótasach i pił tylko piwo.

Na jesień i zimę zmieniał okrycie i dietę radykalnie. – Powinien się pan cieszyć, że taka piękna pogoda! – próbowałam go rozweselić. – Za dobra, za dobra, to nie potrwa długo! A zresztą – ja pewno niczego już nie doczekam! Lekarz kazał mi przejść na dietę! Cho-le-ste-rol! Wszystkie żyły mam kompletnie zapchane! – i jakby uspokojony, że przydarzyło mu się jeszcze jedno nieszczęście, wsiadł na rower i ruszył przed siebie zygzakiem. Zważywszy na obwód w pasie, utrzymywał równowagę wyjątkowo dobrze. Pan Roman od lat przekazuje nam cenne informacje dotyczące roślin, ogrodu i pędzenia wysokooktanowych napojów. Pamiętam, jak kiedyś uczył nas robić dereniówkę z owoców wiekowego krzewu, który odkryliśmy w kącie ogrodu.

reklama

Tak bardzo przejął się naszą edukacją, że wiernie trwał przy kolejnych etapach produkcji. Zadawał sobie trud, by towarzyszyć nam przy zalewaniu owoców spirytusem, przelewał z nami nalewkę z dymiona, degustował jej smak przy klarowaniu, nie odpuścił sobie rozlewania „lekarstwa na serce” do butelek. Skupiał się przy tym głównie na degustacji, cmokając każdy kieliszek i podnosząc oczy do nieba. Przyjemnie było patrzeć, jak ten człowiek cieszył się każdym łykiem swojej pracy. Potem eksperymentowaliśmy z jabłkami, porzeczkami, głogiem i jarzębiną. Z czasem jednak postanowiliśmy zatrudniać pana Romana wyłącznie przy koszeniu trawy i grabieniu liści, choć od razu było widać, że ta praca nie sprawia mu już takiej radości. No, chyba że może sobie z kimś pogadać, trzymając w kąciku ust peta, który podskakuje mu na dolnej wardze w czasie przekazywania tajnych informacji.

Zna tu bowiem każdego w promieniu kilkudziesięciu kilometrów i nic się przed nim nie ukryje. A trzeba przyznać, że ma niezwykły dar wydobycia dramatyzmu z najbardziej przyziemnych wydarzeń. Starannie je redaguje i puszcza w obieg. Jego monologi przy grabieniu liści to prawdziwy teatr plotki. Wiemy, że razem z liśćmi wygrzebie i z naszego ogrodu niejedną sensację i pośle w świat. No – ale coś za coś! Nie ukrywam, że z niecierpliwością czekam na listopad – i na to, co usłyszę przy szeleście liści o innych…


Teresa Jaskierny

Weranda Country nr 6/2011

Zobacz również: